-------------------------------------------------------------------------------
IAN. TWÓJ OSOBISTY TRENER PODRYWU
(Skrzydłowi #1)
Pierwsza zasada skrzydłowego: nie możesz
zakochać się w klientce.
Po wypadku, który położył kres jego sportowej karierze,
Ian Hunter – były zawodnik, grający wcześniej w zawodowej drużynie futbolowej –
wraca na uczelnię gotowy zająć się czymś innym. Swoje wybitne umiejętności
dotyczące relacji damsko-męskich przekształca w przedsięwzięcie i wraz z
przyjacielem zakłada spółkę Skrzydłowi, oferującą usługi w ramach porad
randkowych dla nieśmiałych dziewczyn. Kiedy jednak zgłasza się do nich Blake Olson, Ian jest
pewien, że trafił mu się beznadziejny przypadek.
Potrzeba cudu, aby ubierająca się bez gustu Blake
upolowała chłopaka, do którego skrycie wzdycha. Dziewczyna może jednak podołać
tej misji tylko dzięki wsparciu profesjonalnego trenera podrywu. Tylko on
potrafi zmienić jej wizerunek tak, aby ktokolwiek zwrócił na nią uwagę. Podczas
tej metamorfozy, gdy urocza trzpiotka zmienia się w niebywale seksowną
piękność, Ian zaczyna również ją dostrzegać i może nawet nagiąć dla niej swoją
najważniejszą zasadę…
Rachel Van Dyken jest autorką bestsellerowych
romansów, których akcja rozgrywa się w epoce regencji lub w czasach
współczesnych. Jej powieści znajdują się na listach „New York Timesa”, „Wall
Street Journal” i „USA Today”.
Dla Jilly. Dziękuję, że zachęcałaś mnie do napisania tej książki i
słuchałaś za każdym razem, gdy wariowałam z powodu scen, którym w mojej opinii
powinnam dodać pikanterii. Dzięki Tobie się uśmiecham.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Herbata? Cynamonowa.
Kawiarnia? Ustronna. Ciemna. Zachęcająca.
Dziewczyna? Spóźniona.
Nawet nietaktownie spóźniona. Tak bardzo się spóźniała, że
uznałem, iż raczej się nie pojawi, co zdarzało się dość często na pierwszych
spotkaniach. Nie przychodziło na nie co najmniej piętnaście procent naszych
klientek. To stres tak na nie działał. A także obawa, że nasz system okaże się
w ich przypadku zawodny, przez co skończą w jeszcze gorszym stanie.
Drewniane krzesło zaskrzypiało, gdy rozsiadłem się wygodnie
i uważnie rozejrzałem po kawiarence. Rok temu ludzie podchodziliby do mnie, aby
poprosić o autograf. Rok temu przyjęto mnie do drużyny Seattle Seahawks.
Potarłem kolano, kiedy ponownie odczułem ból, a w piersi
pojawiło się ukłucie silnej irytacji.
Znów spoglądając na zegarek, przygryzłem w złości wnętrze
policzka.
Dwadzieścia trzy minuty spóźnienia.
Westchnąłem. Ostatni raz sięgnąłem po swój kubek i upiłem
łyk, patrząc znad krawędzi naczynia. Postanowiłem zaczekać jeszcze tylko dwie
minuty.
Drzwi otwarto z takim rozmachem, że uderzyły w stojące w
pobliżu krzesło, a zamieszczony nad nimi dzwonek niemal spadł na podłogę. Do
lokalu wpadła niewysoka, niczym niewyróżniająca się dziewczyna o zwyczajnych,
brązowych włosach, której blada cera pokryła się szkarłatem, gdy ta dotknęła
policzków, rozglądając się nerwowo.
Większość nie poświęciłaby jej nawet chwili uwagi.
Ja nie zaliczałem się jednak do większości.
Wbiłem w nią spojrzenie.
Mocno.
Kiedy jej rozbiegany wzrok spoczął na mnie, pogłębił się
rumieniec na twarzy. Chociaż nie był nieatrakcyjny, to wiele o niej mówił.
Odsunąłem krzesło i wstałem.
Miałem przeczucie, że chciała dać nogę.
Zawsze się denerwowały, czego można się było spodziewać.
Poza tym byłem świadomy swojej urody. Nie przemawiała przeze mnie nawet
próżność, bo doszedłem do tego wniosku przy użyciu logiki oraz matematyki, dodając
liczbę dziewczyn, z którymi się przespałem, do liczby przypadków, gdy zapytano
mnie, czy jestem modelem prezentującym bieliznę.
Wyrzeźbiona sylwetka? Jest.
Gęste karmelowe blond włosy, które jakimś cudem zawsze
układały się w fale? Są.
Seksowny krzywy uśmieszek? Jest.
Nadająca mi wyglądu twardziela blizna o postrzępionych
krawędziach przy podbródku? Jest.
Roziskrzone piwne oczy? Są.
Że już nie wspomnę o rozmiarze mojego penisa. Serio, im
niżej kobiety wodziły po moim ciele wzrokiem, tym lepszy ukazywał im się widok.
W tej kwestii musicie zaufać mi na słowo.
Dziewczyna cofnęła się nieostrożnie, przez co wpadła na
stojak z gazetami. Kilka egzemplarzy „Seattle Weekly” posypało się na podłogę.
Przyklęknęła pospiesznie.
Dżinsy pękły jej na kolanie.
Tak, należałoby ruszyć jej na pomoc, ponieważ stanowiła
zagrożenie nawet dla samej siebie.
Westchnąłem cierpliwie, podniosłem się powoli z krzesła i do
niej podszedłem. Przykucając na równi z nią, spokojnie pozbierałem wszystkie
czasopisma, po czym wstałem.
Dziewczyna zamarła.
Często się to zdarzało. Niestety marnowało też mój czas, bo
biznes kwitł, a moją walutą były minuty.
Spóźniła się.
Oznaczało to, że traciłem przez nią nie tylko cenne chwile,
ale także pieniądze. Przeważnie spotykałem się z klientkami w innych miejscach,
ale miałem napięty grafik, więc chciałem zobaczyć ją w akcji. Poważne
wątpliwości co do tego pomysłu naszły mnie dopiero, gdy wydmuchała nos w
serwetkę, którą wzięła ze stolika, a następnie schowała ją do kieszeni.
– Wstań – poleciłem, próbując zapanować nad
mimiką, by na mojej twarzy nie pojawił się grymas zniechęcenia.
Spojrzała na mnie z rozdziawionymi ustami i szeroko otwartymi
oczami, podczas gdy w zaledwie kilka sekund zrobiła się blada jak ściana.
– Albo – szepnąłem, przygważdżając ją spojrzeniem
jak jakiegoś robala – możesz usiąść. Wątpię jednak, że tym sposobem
wkupisz się w łaski baristy, którego próbujesz nie obcinać wzrokiem, od kiedy
weszłaś do lokalu.
– Ale ja nie…
– Ależ tak. – Kiwnąłem głową, spoglądając na nią zachęcająco.
– A jeśli natychmiast nie wstaniesz, stracisz u niego jakąkolwiek szansę.
Większość ekspertów uważa, że spośród emocji, jakie odczuwają mężczyźni, zanim
się zakochają, zazdrość jest najbardziej kluczowa. – Wyciągnąłem rękę.
Wbiła w nią wzrok.
– Nie ugryzę. – Uśmiechnąłem się pod nosem, po
czym pochyliłem się do niej i wyszeptałem jej do ucha: – Jeszcze.
Głośno odetchnęła.
– Weź mnie za rękę. – Krótko kiwnąłem głową. – Po
to tu jestem, pamiętasz?
Niechętnie ujęła moją dłoń i wstała, choć nogi miała jak z
waty. Posłałem bariście pozornie zirytowane spojrzenie, jednocześnie pomagając
swojej nowej klientce usiąść przy stoliku.
– Co to? – zapytała, wskazując stojący przed nią
czerwony kubek.
– Herbata. – Ziewnąłem. – Twoja już zapewne
wystygła.
– Nienawidzę herbaty.
– Nie. – Pokręciłem głową i pochyliłem się, kładąc
dłonie przed jej kubkiem, po czym podsunąłem jej go. – Uwielbiasz herbatę.
Zmarszczyła brwi.
– Uśmiechnij się.
– Co?
– Zrób to.
Wysiliła się na uśmiech, który, prawdę powiedziawszy,
całkiem ładnie zmienił jej twarz. Ukazała odrobinę za dużo zębów i włożyła w
niego za wiele sztucznego entuzjazmu, ale przynajmniej miałem z czym pracować.
Zupełnie inaczej miała się sprawa z apatią, zniechęceniem czy rozpaczą.
– Hej… podać… wam, yyy… coś? – zapytał Zazdrosny
Barista, podchodząc do naszego stolika. Każdy dzban z działającą przynajmniej
połową mózgu wiedział, że gdybyśmy chcieli coś zamówić, to podeszlibyśmy do
kontuaru.
– Nie. – Nawet na niego nie spojrzałem.
– O. – Nie odszedł. Co za idiota. – Ja tylko…
– Jeśli będziemy czegoś potrzebowali, moja dziewczyna
podejdzie do baru, dobra? – Tym razem popatrzyłem mu w oczy. Czasami było
to zbyt łatwe. Poważnie. Próbował wypalić we mnie wzrokiem dziurę. Nozdrza mu
falowały, a dłonie zacisnął w pięści. Koleś równie dobrze mógłby mieć na sobie
znak z napisem: „Moja” i strzałką skierowaną na Mysie Włosy.
– Mimo wszystko, dzięki – zaskrzeczała moja
klientka, dość nerwowo zakładając przyklapnięte włosy za ucho, co dupek zapewne
uznał za seksowne.
Będziemy musieli popracować nad tym skrzeczeniem. Było
równie urocze jak… szczeniak tak gruby, że nie mógł chodzić.
Żeby przykuć uwagę typa od kawy, dziewczyna będzie musiała
przeistoczyć się z grubego szczeniaka w coś na kształt charta. Powinna stać się
smukła, piękna i wyjątkowa.
Zazdrosny Barista wreszcie odszedł.
– Nienawidzi mnie. – Przygarbiła się.
Westchnąłem z irytacją, po czym wziąłem ją za rękę. Miała
wilgotne od potu palce. Mój ulubiony
fetysz – nie powiedział nigdy żaden mężczyzna.
– Przestań się wiercić i usiądź prosto. – Ścisnąłem
jej dłoń.
Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała, jakby dziewczyna
biegła w maratonie. Cholera, jeśli trafiłem na kolejną mdlącą dziewoję, to
kończę z nią.
– Przepraszam – prychnęła, pochylając się. – Zagadał
do mnie tylko kilka razy i to tylko po to, by zapytać, czy podać mi cukier do
kawy.
– Nienawidzi kawy – szepnąłem. – Za każdym
razem, gdy ktoś zamawia kawę, uśmiecha się pogardliwie. Niełatwo to jednak
zauważyć, jeśli nie wiesz, na co zwracać uwagę. Marszczy lekko los, mruży oczy
i drań uśmiecha się pogardliwe, jakby
kawa stanowiła ekwiwalent ćpania za śmietnikiem.
– Ale… – Przygryzła pełną dolną wargę. Jędrną. W
końcu mam się na czym skupić! – …pracuje w kawiarni.
Straciłem cierpliwość.
– A ty codziennie po południu biegasz dziewięć
kilometrów, mimo że tego nienawidzisz. Wszyscy się poświęcamy, by zdobyć cel.
Chcesz mieć ładne ciało? To ćwiczysz. On chce zdobyć pieniądze na części do
motocykla? To musi pracować. – Cholera, naprawdę powinienem przestać
spotykać się z klientami, gdy jestem poważnie niewyspany.
– Mam robić notatki? – zapytała cicho.
– Uwielbiasz herbatę. Nienawidzisz kawy. – Powiodłem
kciukiem po jej dolnej wardze. – Gardzi publicznym okazywaniem uczuć
zapewne dlatego, że chciałby być facetem, którego dziewczyna nie potrafi
utrzymać w jego towarzystwie rąk przy sobie.
Nachyliła głowę, przymknęła oczy, a następnie wtuliła
policzek w moją dłoń. Bingo!
– Dotknij mnie – poleciłem.
– Ale…
– Już.
Przełknęła z trudem ślinę i położyła rękę na moim ramieniu.
Na moim ramieniu!
– Niżej.
– Ale… – Pobiegła wzrokiem do kontuaru.
– Kończymy, jeśli nie przestaniesz się gapić.
Kiedy przesunęła dłoń niżej, na pierś, zaczepiła palcem
wskazującym o mój sutek. Zapewne zrobiła to mimochodem, niemniej barista
zareagował, jakby był to z jej strony świadomy gest.
– Teraz się zaśmiej.
– Zaśmiej? – Zachichotała nerwowo.
– Może być. – Zadowolony z siebie uśmiechnąłem się
szeroko. Uwielbiałem tę chwilę – chwilę, która utwierdzała mnie w przekonaniu,
że jestem prawdziwym geniuszem. Do tego bogatym. Był to bowiem moment, w którym
faceci nagle uświadamiali sobie, że rodziło się coś między nimi a dziewczyną,
która tygodniami, latami czy jakkolwiek długo zabiegała o ich uwagę.
Zazdrosny Barista podszedł do nas nonszalanckim krokiem.
– Jakbyś chciała coś prócz herbaty, Shell, to daj mi
znać. – Wypiął klatę, gdy skrzyżował na niej ręce. W tamtej chwili
musiałem się powstrzymać, aby nie przewrócić oczami i nie pokazać mu środkowego
palca.
– Nie. – Spojrzała mi w oczy z niepewnością, która
powoli zmieniła się w triumf. – Wystarczy mi herbata.
– Nienawidzisz herbaty – zauważył.
– Nie – zaprzeczyłem. – Ona uwielbia herbatę.
– Dupek – mruknął pod nosem, po czym się oddalił.
– Wie, jak mam na imię. – Wniebowzięta dziewczyna
westchnęła tęsknie.
Ponownie musiałem się powstrzymać, by nie przewrócić oczami,
ale tym razem chęć była tak silna, że drgnął mi mięsień w policzku.
Wzruszyłem ramionami i rozsiadłem się wygodnie.
– Kim jesteś? – zapytała.
– Ian Hunter. – Skinąłem głową. – Mistrzowski
skrzydłowy oraz twoja jedyna szansa na zdobycie – wzdychając, uniosłem
brwi – jego.
Zazdrosny Barista piorunował nas wzrokiem, zaciskając mocno
usta.
– Kiedy zaczynamy? – zapytała tak szybko, że jej
słowa niemal zlały się w jedno.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
– Trzy minuty temu.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
ROZDZIAŁ DRUGI
Dobrze, że zdążyłem już przywyknąć
do nerwowej paplaniny klientek, które mówiły tak szybko, aż mieszały im się
słowa, bo to wywoływało u mnie ból głowy. Shell dostała słowotoku. Dałem jej
się więc wygadać, zrzucić ciężar z piersi, podczas gdy moja ciepła herbatka
zmieniła się w niemal mrożoną.
– …a później rozchorował się mój kot i nie
wiedzieliśmy, co mu dolegało.
Delikatnie skinąłem głową.
– Jestem bardzo zła na mamę! Nigdy mi nie mówiła, że
jestem ładna.
Poklepałem jej dłoń.
– Myślisz, że jestem ładna?
Zrobiłem minę wyrażającą: „Ojej”, po czym puściłem do niej
oko.
– Denerwuje mnie to. Wiesz, kiedy faceci ignorują mnie
jak jakiegoś nerda. Gdybym umiała
malować usta, tobym używała tej przeklętej szminki! Chcę tylko, żeby dla
odmiany jakiś przystojniak zauważył właśnie mnie.
– W zupełności to rozumiem. – Miałem niedługo
odebrać ciuchy z pralni, a dziewczyna wciąż nawijała, chociaż pierwotnie
założyłem, że zajmie jej to znacznie mniej czasu.
– No wiem. – Shell westchnęła beznadziejnie.
Czułem mrowienie w ciele, chciałem poprawić jej posturę, przywiązując ją do
krzesła i kładąc jej na głowie książkę. – Chciałabym tylko…
Wiecie, czego ja bym chciał? Cofnąć się w czasie i umówić ją
z moim partnerem Leksem. Kurde, gaduła z niej.
– To głupota, prawda?
Cholera. Wtopa. Co chciała?
– Nie mówisz żadnych głupot. – Ostatecznie
zdecydowałem się na bezpieczną, ogólną uwagę.
Wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
Sukces.
– Dzi-dzięki. – Kolejny szeroki uśmiech. – Wiesz,
można się przy tobie wygadać.
Przecież zawsze płaciły mi za słuchanie. Zawsze.
Shell skupiła wzrok na moich ustach. Oho, to zaczynamy.
Musiałem jednak przyznać, że zaliczała kolejne etapy, które zawarłem w
podręczniku strategii o wiele szybciej, niż przewidywałem.
– Ciacho… z ciebie.
– Wiem – przyznałem znudzony. – Tylko nie
zapominaj, że jesteś moją klientką. Pomagam ci, abyś mogła pomóc sobie.
Zmarszczyła brwi.
– Czyli nie umawiasz się ze swoimi klientkami?
Nie, ponieważ moje klientki były już w kimś zakochane, a ja
nie miałem czasu zgrywać bohatera. Prawie zawsze doprowadzałem do jakiejś
katastrofalnej sytuacji, by obiekt westchnień dziewczyn mógł je wybawić z
opresji i umocnić tym ich związek oraz położyć kres uwielbieniu, jakim mnie
obdarzały. Jeśli się nad tym zastanowić, miało to sens. W końcu miałem do
czynienia z kobietami tak złaknionymi uwagi mężczyzn, że z trudem przychodziło
im odróżnienie moich zagrań od prawdziwych uczuć. To dlatego zawsze jasno
wykładałem swoje zasady.
– Nigdy – potwierdziłem chłodno. – Shell,
kochaniutka. Wyślę ci e-mail z planem na przyszły tydzień. Daj znać, jeśli coś
ci nie będzie pasowało, ale nie dzwoń, rozumiesz?
Powoli kiwnęła głową.
– Ograniczaj się do SMS-ów i e-maili. Nie będziemy
rozmawiać przez telefon. A jeśli zobaczysz mnie na kampusie, to udawaj, że się
nie znamy. Pomijając interesy, jesteśmy sobie obcy. A jeśli ktoś zapyta cię o
spółkę Skrzydłowi…
Westchnęła.
– Wiem, wiem. Mam im dać czerwoną wizytówkę z logiem
Supermana z przodu oraz wielkim „S” po
drugiej stronie.
Puściłem do niej oko. Nasze wizytówki były genialne.
Wyglądały jak głupie karty z Supermanem, mimo że na odwrocie zawierały
informację. A informacja zawsze skrywała się w szczegółach, którym ludzie
rzadko poświęcali uwagę.
– Świetnie. – Wstałem, po czym wyciągnąłem rękę. – Potrzebuję
zaledwie siedmiu dni.
Zerknęła na baristę, który bez skrupułów próbował zabić mnie
wzrokiem.
– Mam nadzieję, że się nie mylisz.
Przewróciłem oczami, przytulając ją, by dać jej szybkiego
buziaka, a następnie wyszeptałem:
– Nigdy się nie mylę.
– Pachniesz przyprawami.
Ooo, jak uroczo. Prawi mi komplementy. Może wystarczy sześć
dni, skoro cały jeden dzień ze szkolenia był przeznaczony na naukę łechtania
męskiego ego. Tylko popatrzcie, jak mój robaczek szybko się uczy!
– Dzięki. – Położyłem dłoń na jej plecach i
wyszliśmy z kawiarni.
– Pa, Ian. – Podeszła do czerwonej hondy, a potem
wsiadła do auta. Cholera, a wziąłem ją za dziewczynę jeżdżącą zieloną jettą. No
cóż, nie zawsze można mieć rację.
Telefon zadzwonił, kiedy ledwie zdążyłem usiąść w moim range
roverze.
– Jak sobie radzi? – Dotarło do mnie ziewanie
Leksa. Przypuszczałem, że wciąż był zakopany w e-mailach, skoro od Nowego Roku
dzieliły nas zaledwie dwa tygodnie. To oznaczało, że każdy czuł przymus, by
wymyślić jakieś postanowienie, dzięki któremu odmieniłby swoje życie. – Bo
masz piekielnie długą listę oczekujących, więc jeśli z tej dziewczyny nic nie
będzie, to mam już na jej miejsce inną, która zaproponowała usługi seksualne za
przesunięcie jej na początek kolejki.
– Skreśl ją – warknąłem. – Skoro wie, jak
działają te sprawy, to wie też, jak upolować sobie faceta.
– Zapamiętam. – Lex się zaśmiał.
Zapisałem sobie w pamięci, że mam dopilnować, by
rzeczywiście skreślił tę laskę, a nie składał jej obietnic bez pokrycia, żeby
tylko nie musiał się wysilać, by ją zaliczyć.
– O – zaczął przyjaciel. – Gabi powiedziała,
że jeśli nie zjawisz się dziś na kolacji, to przyklei ci łapy do penisa. Chociaż
sama opisała to znacznie bardziej obrazowo.
– Jak zawsze. – Uśmiechnąłem się szeroko. – Napisz
do niej, że już jadę.
– Dobra – powiedział, po czym się rozłączył.
Nie wybrałem tego życia. Przecież nie wstałem pewnego dnia i
nie pomyślałem sobie, że zajefajnie byłoby pomagać trzpiotkom zdobyć
wymarzonego chłopa. A zanim prychniecie i odejdziecie z przytupem, zaznajomcie
się z faktami, które przedstawiają się następująco: prawie sześćdziesiąt
procent kobiet wychodzi za mąż za faceta mniej atrakcyjnego niż one same, co
oznacza, że większość przedstawicielek płci pięknej decyduje się związać z
mężczyzną o figurze ojca. Mężczyzną, który zapewne będzie zarabiał mniej od
nich, nigdy nie doczłapie się na siłownię, będzie wsuwał parówki na śniadanie,
obiad oraz kolację i, nie oszukujmy się, będzie potrzebował viagry, gdy stuknie
mu czterdziestka.
Te dane można zaczerpnąć z internetu.
Kobiety są z natury niepewnymi istotami, dlatego jeśli wciąż
się nie ustatkowały przed skończeniem trzydziestu pięciu lat, najprawdopodobniej
poślubią pechowca z łysiną i o złotym sercu.
I nie ma w tym nic złego.
Tylko to tak, jakby spośród psiaków w schronisku wybrać tego
o leniwym spojrzeniu, ponieważ jest ci go szkoda, a poza tym nie masz
wątpliwości co do tego, że mały drań nigdy ci nie zwieje.
Na czym zatem polega różnica między dwoma rodzajami
ustatkowania się?
Pierwszy jest uroczy. Mówimy tu o psiaku o leniwym
spojrzeniu, chociaż w tym przypadku raczej mamy na myśli mężczyznę, który jest
najlepszym, co może się przytrafić danej dziewczynie. Dobiorą się jak w korcu
maku. Stworzą jedną z tych par, które trzymają się w miejscach publicznych za
ręce, sprawiając, że zastanawiasz się, czy dziewczyna jest ślepa. Ta seksowna
wysoka mamuśka oraz niski tatulek. Dziewczyna z bractwa oraz facet z mięśniem
piwnym wypukłym. Cheerleaderka oraz kujon.
Świat z jakiegoś powodu akceptuje takie związki. Ja zaś to
rozumiem.
Czego natomiast nie rozumiem? Nie pojmuję rozpaczliwego w
swojej naturze i wynikającego z niepewności ustatkowania się.
Jasne, to zdarza się dość rzadko.
Niemniej zjawisko to zaczyna występować coraz częściej.
Biorą w nim udział: dziewczyna, która nigdy nie osiągnęła
pełni swojego potencjału, oraz mężczyzna gorszy od tego, jakiego mogłaby
zdobyć. Wspomniana partnerka jest tą cichą, której nikt nie nauczył, jak robić
makijaż. To pulchna, zajadająca uczucia kaczuszka, która jest tak zabawna, że
jej drugą połówką powinien być rozgrywający z drużyny futbolu.
To osoby, między którymi nigdy nie zaskoczyło.
To moja siostra.
Cicha, nieśmiała, odrobinę zdesperowana, acz olśniewająca.
Kiedyś ogromnie durzyła się w moim koledze z drużyny. A gdy mówię ogromnie, to
mam na myśli tak bardzo, że pewnego razu, gdy spędzał u nas czas czwartego
lipca, wjechała w skrzynkę na listy.
Najgorsze w tym jest to, że ona też mu się podobała, ale
przez swoją niepewność oraz skrępowanie nigdy nie zdecydowała się do niego
startować. Za bardzo się bała, by wykonać kolejny krok i wyjść mu na spotkanie.
A ja byłem wtedy zbyt skupiony na sobie, by się tym przejąć,
poza tym zmusiła mnie, żebym przysiągł, że nie będę się wtrącał.
Minął rok. Chłopakowi znudziło się czekanie, ona miała dość
„odrzucenia”. Tym oto sposobem spiknęła się ze swoim partnerem z zajęć
laboratoryjnych – Jerrym.
A teraz jest żoną frajera, który uważa gry komputerowe za
sport olimpijski. Ponadto sądzi, że kiedy skończy mu się piwo, magiczna wróżka
browarnicza uzupełnia nocą zapasy, gdy on śpi. Ten idiota pewnie myśli też, że
bizony wyginęły.
Jak się potoczyły losy mojego kumpla? Zwerbowano go do
drużyny Steelers, ostatnio nawet występował w reklamie Nike.
Kiedy dziewięć miesięcy temu, podczas przyjęcia urodzinowego
siostry, siedziałem u niej na kanapie, coś w moim życiu zaskoczyło. Straszliwy
ból kolana, który wtedy mi doskwierał, był niczym w porównaniu do wyrazu, jaki
pojawił się na jej twarzy, gdy zobaczyła na ekranie telewizora mojego dawnego
kumpla. Jerry darł się w tamtej chwili, by zajęła się dzieckiem, żeby on mógł
spokojnie grać na Xboksie.
Siostra zasługiwała na kogoś lepszego. Wciąż zasługuje. Tak więc objawienie spłynęło na mnie, gdy
obkładałem kolano lodem po niefortunnym zdarzeniu, nad którym wolałbym się nie
rozwodzić.
Byłaby o wiele szczęśliwsza, gdyby tylko była bardziej pewna
siebie, gdyby umiała interpretować pewne znaki, gdyby wiedziała, jak zdobyć
faceta, na którego naprawdę zasługiwała. Jej życie mogłoby się potoczyć inaczej
zaledwie za sprawą odrobiny wiary w siebie. Gdyby jednak potrafiła odczytywać
zachowanie mężczyzn i rozumieć pewne sytuacje? Cholera, aby odmienić życie,
wystarczyłoby, żeby poznała przynajmniej jedną
zasadę z mojego podręcznika.
Nie utknęłaby w Yakimie, w stanie Waszyngton, która znana
jest jako waszyngtoński odpowiednik Palm Springs, ale, w mojej opinii, stanowi
gorszy ośrodek handlu narkotykami oraz centralę gangów niż Los Angeles.
Moja siostra to dziewczyna ze Seattle, która mieszka w
otoczeniu krów, narkotyków i traktorów, a na cotygodniową randkę chadza do
Applebee’s.
Sprawę pogarsza to, że nie może wrócić do Seattle, bo jej
mąż przejmie rodzinne przedsiębiorstwo związane z traktorami, a poza tym cały
jego klan osiadł w tamtej mieścinie już przed czterdziestoma laty. Nic więc nie
mogłem na to poradzić. A siostra nie mogła oczekiwać ode mnie nic prócz tego,
że czasami do niej zadzwonię czy napiszę.
Tym oto sposobem utknęła w piekle, dopóki nie nastąpi w ich
życiu jakaś zmiana. Czy się na to zanosiło? Nie, wydawało się, że prędzej już
zapanuje na świecie pokój.
Dlatego ją straciłem.
Jedyną rodzinę, jaka mi pozostała.
No, może prócz Gabi, ale ona się nie liczy, skoro nie łączą
nas więzy krwi. Poza tym zapewne zadźgałaby mnie jakąkolwiek ostrą rzeczą, jaką
akurat miałaby pod ręką, gdybym nazwał ją siostrą. Miało to jakiś związek z
tym, że nie chciała, by wszyscy wolni faceci dali nogę, kiedy dowiedzieliby się
o naszej więzi. W liceum zdarzyło mi się raz zagrozić jakiemuś chłystkowi i od
tamtej pory nie opowiada mi o swoich podbojach, jeśli w ogóle się z kimś
spotyka.
Przeszły mnie ciarki. Kiedy Gabi wkłada krótką spódnicę,
rozbudza się we mnie silny instynkt opiekuńczy. Nagle pragnę nauczyć się szyć,
by dodać jej ubraniu trochę długości.
Tym oto akcentem kończy się moja opowieść.
To tak doszło do założenia spółki Skrzydłowi.
Pomyślcie o randkowaniu jak o meczu futbolu. Zawodnicy
dniami, tygodniami, czasami nawet latami zapamiętują zasady, które trener
zapisał w swoim podręczniku strategii. Tak to działa. Nie wystarcza sam talent
do gry – trzeba też odczytywać sytuację na boisku, a także zamiary
przeciwnika.
Na tym opiera się nasza działalność. A co, jeśli można
byłoby nauczyć się randkowania z książki? Opracowaliśmy zasady uwzględniające
każdą sytuację mogącą wystąpić w związku, ponadto nasz program odnosi sukces. W
gruncie rzeczy stworzyliśmy randkową wersję Raportu
mniejszości. Potrafimy przewidzieć „randkowe fiasko” zanim do niego dojdzie
i wprowadzamy w nasz plan odpowiednie poprawki.
Nie ma w tym żadnej dramy. Nie jestem smutnym, samotnym
draniem, któremu przydałaby się terapia, ponieważ rodzice ignorowali mnie, gdy
byłem dzieckiem – choć rzeczywiście nie poświęcali mi za dużo czasu i
zapewne nie zmieniłoby się to do teraz. Zginęli jednak w katastrofie lotniczej,
kiedy miałem siedem lat.
Dziewczyna z sąsiedztwa nie złamała mi serduszka, rzucając
mnie dla najlepszego przyjaciela wkrótce po tym, jak w końcu się mną
zainteresowała. Proszę was. Widziałyście mnie?
I nie, nie próbuję wynagrodzić sobie pewnych drobnych
niedociągnięć. Poza tym już ustaliliśmy, że nie ma we mnie nic drobnego.
Jestem bogaty.
Genialny – zapytajcie moich wykładowców.
Przystawia się do mnie więcej dziewczyn, niż mężczyzna nawet
z moim popędem może zaliczyć.
Zasadniczo jestem współczesnym Supermanem ratującym kobiety
przed nimi samymi, a mój najlepszy przyjaciel, Lex, zgrywa mojego przybocznego.
Odpowiem wam, zanim zapytacie: tak, to do kitu. Wkurzam się,
że nie mogę grać w NFL[1],
ale kiedy nie możesz grać, to… uczysz.
A ja byłem kimś więcej niż byle zawodnikiem.
Byłem graczem.
W wielu dyscyplinach sportu.
I… pośród kobiet.
Byłem najlepszy.
Kto więc lepiej niż prawdziwy gracz nauczy kobiety, jak nie
dać się podejść?
Otóż to.
Nie zacząłem nowego rozdziału w życiu, po prostu nauczyłem
się korzystać z tego, co potrafię. Czyż to nie genialne? Absolutnie.
Zakląłem, prawie wjeżdżając w małą corollę przede mną, gdy z
głośników popłynął dzwonek przypisany do numeru Gabi.
– Tak? – spytałem na powitanie. – Czemu zawdzięczam
tę przyjemność?
– Nie jestem twoją klientką, Ian! – wrzasnęła. – Nie
bajeruj mnie tonem trenera! Obiecałeś mi coś!
– Rzeczywiście. – Tylko co takiego obiecałem?
Wieczór filmowy? Chyba tak. Kiedy zapaliło się zielone światło, w głowie wciąż
miałem pustkę. Ktoś za mną zatrąbił, więc ruszyłem.
– Zapomniałeś, prawda?
– O naszym dzisiejszym spotkaniu? – Zaśmiałem się.
– Jasne, że nie.
– Czasami zastanawiam się, dlaczego się przyjaźnimy.
– Ponieważ lubisz na mnie patrzeć, gdy śpię?
– To zdarzyło się tylko raz, Ian! – Głośno
zaklęła. – Masz szczęście, że potrafię wybaczać. Urządzam powitalną
imprezkę dla moich dwóch nowych współlokatorek, a ty miałeś przywieźć chipsy i
sos. Impreza zaczęła się pół godziny temu.
To byłoby na tyle, jeśli chodzi o odebranie ubrań z pralni.
– Wpisałaś tę imprezkę do mojego kalendarza?
– Ty i ten twój przeklęty kalendarz! – znów
wrzasnęła. – Przepraszam, że nie mam wolnej chwili, by zalogować się do
Gmaila i nanieść spotkanie do twojego dziennika, żebyś znalazł dla mnie czas.
– Leksowi byłoby łatwiej, gdybyś wpisywała się do
harmonogramu.
– Wiesz, że ostatnio Lex jest dla ciebie bardziej suką
na posyłki niż przyjacielem?
– Ostro – powiedziałem, tłumiąc słowo kaszlem. – Módl
się, żebym mu tego nie powtórzył.
Zamilkła. Zawsze milczała, gdy rozmowa zbaczała na temat
Leksa. Ona udawała, że nie planowała podpalić jego łóżka, kiedy ten będzie w
nim spał, a ja udawałem, że nie widzę jak podczas kłótni sprawia wrażenie
złaknionej uwagi mojego kumpla, nieważne jak negatywnej.
Problem jednak istniał i był dość poważny.
Westchnąłem.
– Przepraszam, Gabs. Będę za kwadrans, dobra?
– Oby – zagderała, po czym się rozłączyła.
Z głośników znów popłynęła muzyka. Szybko wjechałem na
parking przy najbliższym sklepie spożywczym, a następnie pobiegłem po obiecane
przekąski, jakby goniły mnie ogary piekielne. Im więcej miałem na głowie, tym
bardziej zawodziła mnie pamięć, dlatego umieściłem w sieci swój kalendarz, do
którego dostęp mieli nawet wykładowcy, na wypadek gdybym nie zjawił się na
zajęciach, chociaż byłem asystentem. Do tego miałem same piątki, więc
wyszkoliłem grono pedagogiczne, by starannie pilnowali mojego terminarza, co
wynagradzałem im bonusem w postaci prowadzenia zajęć, gdy oni mieli ważniejsze
rzeczy do roboty.
Zgarnąłem z półek mnóstwo paczek chipsów oraz słoików z
sosem – przekąsek pełnych pustych kalorii – po czym jęknąłem, gdy
dostrzegłem, że otwarta była tylko jedna kasa, a stojący przede mną w kolejce
mężczyzna miał dziesięć kuponów.
Byłem gotów zapłacić za jego zakupy, jeśliby mnie
przepuścił.
– Mogę pana obsłużyć – dziarsko zaproponowała
dziewczyna po mojej prawej.
Na moją twarz powoli wypłynął uśmiech, gdy się do niej
odwróciłem.
– O, wow. Dziękuję.
Dziewczyna się zarumieniła i włączyła światełko przy kasie.
– Hmm, wybiera się pan na imprezkę? – Skaner
piszczał, gdy sczytywała kody produktów.
– To dla siostry. Niezupełnie prawdziwej siostry.
Jestem palantem, który zapomniał przynieść przekąski.
– Nie wygląda pan na palanta – powiedziała
gardłowo, unosząc brwi.
– Może pani powinna jej to powiedzieć. Uratowałaby mnie
pani przed płaszczeniem się, by mi wybaczyła…
Oczy jej zaiskrzyły.
– Kończę za dziesięć minut.
– Oj, wystarczyłoby mi pięć. Góra.
– Co?
– Góra od pani stroju – wskazałem jej białą koszulkę
– pięknie pasuje do odcienia pani skóry.
Zrobiła wielkie oczy.
Czasami podryw był aż zbyt łatwy.
ROZDZIAŁ TRZECI
– Nareszcie! – krzyknęła
po otwarciu drzwi Gabi, i jednym ruchem wyrwała mi zakupy z rąk. – Nie
mówiłeś, że będziesz za piętnaście minut?
– Mówiłem? Wydawało mi się, że powiedziałem
dwadzieścia. – Poza tym musiałem pomóc pewnej kasjerce, zatem…
Gabi zmrużyła oczy.
– Cuchniesz tanimi perfumami.
– Ohyda, prawda? Kto w tych czasach pryska się Vanilla Fields? Może twoja babcia, ale
ona ma osiemdziesiąt lat, dlatego można jej wybaczyć, że trzyma się starych
nawyków.
– Znów to zrobiłeś, czyż nie?
– Ale co? – Zgrywałem niewiniątko, rozpakowując
zakupy.
Gabi mieszkała kilka przecznic od kampusu Uniwersytetu
Waszyngtońskiego, a ja kilka kilometrów od niej, co odpowiadało nam obojgu.
Pilnowałem, by żaden idiota nie zadręczał jej swoją
egzystencją.
A ona mi gotowała.
Czasami pakowała mi nawet lunch do dziecięcego pudełka z
uśmiechniętymi buźkami.
Praktycznie codziennie wypominała mi też, że gdyby nie ona, umarłbym
z głodu.
Gabi przewróciła zielonymi oczami i szybko spięła długie
kasztanowe włosy w luźny koczek nisko na głowie.
– Czasami mam ochotę cię zabić. – Wypuściła
powietrze. – Wow, ależ mi ulżyło, gdy zrzuciłam to z serca.
– Po to tu jestem. – Mrugnąłem do niej. – Zapewniam
ci osobistą terapię.
Zmarszczyła nos.
– Ale poważnie. Śmierdzisz, stary.
Uniosłem koszulkę do nosa i się skrzywiłem.
– Jak, do diabła, pięć minut spędzonych z Kasjereczką
zamieniło mnie w chodzącą reklamę perfum?
Gabi westchnęła, po czym wskazała na górę.
– Idź. Umyj się. Ja w tym czasie przygotuję jedzenie.
Ciuchy na zmianę znajdziesz w moim pokoju. Tylko – kichnęła, marszcząc nos
– pozbądź się smrodu puszczalskiej.
– Dziewczyna ma imię – droczyłem się z nią. Sam go
nie zapamiętałem, ale na swoją obronę powiem, że gdy obejmowała ustami moje
przyrodzenie, to zasłaniała głową plakietkę z imieniem. Rozumiecie teraz? To
nie moja wina, że nie mogę sobie tego przypomnieć.
– Kiedyś nadejdzie taki dzień – Gabi pokręciła
głową – w którym jakaś dziewczyna powali cię na kolana. Albo cię wydyma. W
tyłek.
– Ooo. – Zadrżałem, pochylając się, by dać jej
buziaka w policzek. – To sprośne. Nie mogę się doczekać.
Mocno mnie odepchnęła, a następnie klepnęła w pośladek.
– Na górę. Idź już, zanim ściągniesz na siebie więcej
uwagi.
– Uwagi?
– Dziewczyn bez przyszłości. – Kiwnęła głową z
powagą. – Wiesz, takich, które możesz łatwo…
– Lex! – celowo wszedłem jej w słowo, gdy w kuchni
pojawił się mój przyjaciel – muskularna, mierząca niemal dwa metry męska
dziwka.
Był gorszy nawet ode mnie.
Oznaczało to, że zapewne zasługiwał na medal.
Albo odznakę.
Co najmniej na przepaskę z literą „D” – skrót od
„dziwka”. Miałby własną szkarłatną literę symbolizującą jego przewinienia.
Gabi się spięła.
– To ja pójdę pod ten prysznic – obwieściłem, po
czym zostawiłem ich samych. Dobrze wiedziałem, że najlepiej trzymać się z
daleka. Nie znosiłem rozdzielać walczących osób. Ostatnim razem, gdy podjąłem
się próby wprowadzenia rozejmu, oberwałem w jaja i skończyłem ze śliwą pod
okiem.
Biorąc pod uwagę, że do końca semestru miałem klientki,
wolałbym nie pojawiać się na spotkaniach z nimi z powiekami tak zapuchniętymi,
że niemal niczego bym nie widział.
Wbiegłem na górę, przeskakując po dwa schodki naraz.
Zapukałem, zanim wszedłem do łazienki, następnie szybko się rozebrałem i
wskoczyłem pod prysznic.
Moje kosmetyki leżały w pudełeczku w rogu, czyli na swoim
miejscu.
Zanim zaczniecie mnie o cokolwiek podejrzewać, to
przypomnijcie sobie, że Gabi jest dla mnie jak siostra, a co za tym idzie – tylko
raz myślałem o tym, by ją pocałować. Na wieczorze łyżwiarskim w ósmej klasie.
Podejrzewam jednak, że przyszło mi to do głowy, ponieważ ktoś zaprawił moje
Mountain Dew.
Wracając do tematu, pocałowaliśmy się i było okropnie. Gabi
puściła pawia. Jestem jednak całkiem pewien, że za wymioty odpowiadała grypa
żołądkowa, a nie moje kiepskie buziaki.
Kilka dni później się pogodziliśmy. Uścisnęliśmy sobie
dłonie.
Przysięgliśmy, że zachowamy to w tajemnicy.
I nie mieliśmy od tamtej pory żadnych problemów.
Mogę zatem szczerze powiedzieć, że jej dziwna fascynacja
Leksem nie wywoływała u mnie zazdrości, choć, jeśli kiedykolwiek zacząłby się
do niej zalecać, to zapewne powiesiłbym go na słupie telefonicznym i podpalił
mu jaja. Mimo że jej obsesja była urocza, to nic by z tego nie wyszło. Ponieważ
Gabi była dziewicą.
On nie.
Poza tym faceci pokroju Leksa wiedzą, że dziewczyny takie
jak Gabi są dla nich za dobre. Nie mógłby sobie na nią pozwolić, nawet jeśli
zaprzedałby swoją zepsutą duszę.
W powietrzu unosił się znajomy zapach żelu pod prysznic
firmy Molton Brown, który gryzł w nozdrza, a zarazem mnie koił.
Trzymałem ten żel tylko u Gabi.
U siebie miałem ten od Jeana-Paula Gaultiera.
Kiedy miałem nocować u jakieś dziewczyny przed spotkaniem z
klientką, zabierałem ze sobą Old Spice’a. Było to kolejne przyzwyczajenie
wynikające ze statystyki. Co najmniej trzydzieści procent studentów używało Old
Spice’a, co oznaczało, że ta woń u innych mężczyzn będzie przypominała
dziewczynie mnie, przynosząc jej ukojenie oraz skłaniając, by wyszła poza
narzucone sobie ograniczenia. Jak każdy ekspert od randek wiem, że zapach
najłatwiej pozostawia po sobie ślad w pamięci, a także napawa spokojem.
Takich rzeczy nie da się przewidzieć.
Co jest kolejnym argumentem za tym, że Lex wnosi nieoceniony
wkład do naszej spółki w postaci zamiłowania do wykresów, danych i ciekawostek.
Nagle ktoś tak mocno zapukał w drzwi, że te zadrżały.
– Przysięgam na bogów prysznica, że jeśli się nie
pospieszysz, to rozwalę zamek, a potem spuszczę wodę w toalecie.
– Jeszcze pięć minut, Gabs.
– Ciągle podajesz nieprawdziwy czas!
Szybko zakręciłem wodę, przewiązałem się w pasie ręcznikiem,
a następnie poszedłem do jej pokoju.
Wzdychając, zamknąłem drzwi. Zrzuciłem ręcznik i włączyłem
światło.
Wymieniła komodę?
Miała brązową.
Teraz widziałem czarną.
Nie poznawałem też stojących na niej flakoników.
Zmarszczyłem brwi i wąchałem perfumy od Prady, gdy otworzyły
się drzwi.
– Święty Garfieldzie i lasagne! – wykrzyknęła
wysoka szatynka z burzą długich, falowanych włosów. Zakryła twarz i zatoczyła
się do tyłu. Wcześniej zdążyła prawie zamknąć drzwi, więc klamka przybiła jej
tyłeczkowi niezłą piątkę. Skrzywiła się i poleciała przed siebie, w kierunku
kosza na bieliznę, przy którym stałem.
Nie stalowego.
Plastikowego.
Tak więc, gdy tylko się na nim oparła, pękł. Rozsypało się
pranie, dziewczyna upadła na kolana, a jej brzydkie, czarne koszykarskie
spodenki się podwinęły, odsłaniając umięśnione uda.
Wyszczerzyłem zęby i, wciąż nagi, pochyliłem się, by wskazać
palcem jej różowe stringi.
– Wziąłem cię za dziewczynę, która raczej nosi bokserki.
Włosy zasłaniały jej twarz, przez co wyglądała jak kuzyn To
z Rodziny Addamsów. Powoli zebrała je
z oczu.
– Co robisz w moim pokoju? – zapytała niskim,
oskarżycielskim i seksownym tonem. Gdybym zamknął oczy, mógłbym udawać, że ten
głos wydobywał się z innego ciała.
– W pokoju Gabi?
– Nie. – Zafalowały jej nozdrza. – W moim pokoju.
– A ty jesteś…? – Wyciągnąłem rękę, ponieważ
przede wszystkim byłem dżentelmenem (bycie męską dziwką to pewnego rodzaju
hobby), a poza tym babcia dawała mi klapsa za każdym razem, gdy nie uściskałem
dłoni osobie, której się przedstawiałem.
Dziewczyna zrobiła wielkie oczy, gapiąc się na moje nagie
ciało.
– Dobra – powiedziałem, od niechcenia wzruszając
ramionami. – Ale dosłownie za trzy minuty Gabi mi nakopie, więc wolisz na
łóżku czy podłodze, skoro już tam leżysz?
Przyjaciółka oskarżała mnie, że nie byłem hojny? Kurczę,
popatrzcie tylko na mnie. Byłem gotowy rozdawać orgazmy za darmo.
– Co? – Wzrok nowej, dotąd omiatający moje ciało,
spoczął na oczach. Cholera, niektórzy pobierali opłaty za takie wgapianie się w
nich. – Co ty pleciesz?
– Dobra. Zostały nam dwie i pół minuty. Nie powiem, że
nie będzie trudno, ale powinienem zdążyć zrobić coś, od czego przyspieszy ci
oddech. Może nawet krzykniesz raz czy dwa.
– Krzyknę? – powtórzyła, marszcząc brwi. – Co
ty gadasz? I dlaczego jesteś nagi?
– Kiedy się tu wpakowałaś, szukałem ubrań.
– W moim
pokoju?
– Słuchaj – spojrzałem na zegarek – zbliżamy
się do niebezpiecznej granicy. Nazywano mnie Supermanem w łóżku, ale raczej nie
zrobię powtórki z dwa tysiące czternastego, mimo że chciałbym dopisać kolejny
wyczyn do księgi swoich rekordów. Jeśli zatem chcesz to zrobić, to się pospiesz
i zrzuć co najmniej koszulkę.
– Jesteś – jej policzki pokryły się szkarłatem – wynajętym
na imprezę striptizerem?
Hmm. Nie było to zupełnie bezpodstawne pytanie. Mógłbym dać
im darmowy pokaz, co oznaczałoby jednak, że jestem święty, jeśli wziąć pod
uwagę to, ile normalnie sobie liczę za godzinę.
– Nie. – Wyciągnąłem dłoń. Kiedy jej nie przyjęła,
zdecydowałem, że pomogę jej wstać w inny sposób.
Kopnęła mnie. I nawet próbowała gryźć.
– O proszę. Trochę entuzjazmu!
– Postaw mnie! – Wyrywała się.
Spełniłem polecenie i odsunąłem się na pewną odległość, po
czym skrzyżowałem ręce na klacie.
– Przykro mi, ale czas się kończy. Zostało dziesięć
sekund, a nawet ja nie jestem zdolny dokonać aż takiego… – Wskazałem jej
luźną koszulkę, równie luźne spodenki i, kurczę blade, czy miała na sobie
wysokie skarpety z paskami? – Cudu. – Przełknąłem ślinę. – Strzelam
w ciemno, ale czy uczyłaś się w domu?
Ze złości lub zażenowania krew napłynęła jej do twarzy.
– Nie! Mieszkam tu. To mój pokój!
– Ależ to pokój Gabi.
– Zamieniłyśmy się rano! – Tupnęła. Miała na
stopach staromodne klapki z Adidasa.
Wciąż je produkowali? Ha. Zobaczyć je na żywo to prawie tak,
jakby spotkać żywego T-Rexa.
– Dlaczego gapisz się na moje stopy?
– Muszą być teraz sporo warte. – Postukałem się po
podbródku, wciąż gapiąc się na obrzydliwe gumowe obuwie. – Imponujące.
Naprawdę.
– Słuchasz mnie w ogóle? – pisnęła. – Wciągnij
na siebie jakieś ciuchy i wynoś się z mojego pokoju. Albo nie ubieraj się,
tylko stąd spadaj. Jak wolisz.
– Właśnie. – Poważnie kiwnąłem głową. – Właśnie
to zamierzałem zrobić, gdy tu wpadłaś. Ale – powiedziałem powoli – twierdzisz,
że zamieniłyście się pokojami?
Przytaknęła.
– Czyli który pokój jest teraz Gabi?
Kiedy wskazała pomieszczenie na drugim końcu korytarza,
przypomniało mi się, że przyjaciółka rzeczywiście wspominała o zamiarze przeniesienia
się do mniejszego pokoju, bo jej współlokatorki miały zamieszkać w jednym.
– Aha, więc jesteś Serena.
– Blake – warknęła. – Serena jest blondynką.
Dałbym sobie rękę uciąć, że też była seksowna. Serena to
imię dla pociągającej dziewczyny, za to Blake było imieniem, jakie rodzice
nadawali dziewczynkom, choć mieli nadzieję na syna. Na takie dzieci ojcowie
przenosili marzenia z dzieciństwa, których nie udało im się spełnić.
Postawiłbym dziesięć dolców na to, że jej tata zmuszał ją do uprawiania każdego
możliwego sportu oraz że jej rodzice się rozwiedli lub wychowywało ją tylko
jedno z nich.
– Dlaczego wciąż tu stoisz… nagi? – Tym razem
odwróciła wzrok i zasłoniła twarz.
– A co jest złego w nagości? Wiesz, że tacy się
rodziny, prawda?
– Idź – ponownie na mnie nie spojrzała, wskazała
tylko drzwi – sobie.
– Twoja strata. – Zaśmiałem się. – Mogłem
wstrząsnąć twoim światem.
– Moim światem nie trzeba wstrząsać.
Zatrzymałem się w wejściu, a następnie odwróciłem. Zbliżyłem
się do niej i nachyliłem tak, by mój oddech muskał jej szyję, gdy wyszeptałem:
– Tutaj się mylisz, Blake. Każda dziewczyna powinna
pozwolić komuś, by choć raz wstrząsnął jej światem. Jeśli to ja miałbym być
tego sprawcą, to przydarzyłoby się to co najmniej dwukrotnie.
Stała sztywno, ale zdradzał ją oddech, który przyspieszył
tak jak jej puls. Pochyliłem się i polizałem skórę jej szyi w miejscu, które
mnie nawoływało, po czym się cofnąłem.
– Miło mi.
Trzasnęła za mną drzwiami, niemal waląc mnie nimi w tyłek na
pożegnanie.
Nie każdą można oczarować. Nie chodziło o to, że chciałbym
czegokolwiek od Adidasowej Dziewuszki. Miałem chętnych pod dostatkiem i nie
potrzebowałem chłopczycy o stłumionym popędzie seksualnym, która nosiła dresowe
ciuchy, bo były wygodne.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz