Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo niezwykłe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo niezwykłe. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 października 2019

"Tylko żywi mogą umrzeć " mroczny , demoniczny wciągający świat Tessy Brown

Książka "Tylko żywi mogą umrzeć " to książka z gatunku fantasy , książka w której dzieją się rzeczy nienormalne ,ale za to bardzo wciągające .
Walka z demonami podziemia czyli standard walka dobra ze złem, lecz to nie zwykłe przepychanki .
Tessa Brown nasza główna bohaterka , oczywiście ma swoje wady ,bywa irytująca , ale lubię ją na swój sposób , widzę ją oczami wyobraźni , widzę co musiała przejść wiedząc kim  jest.
Tessa to nie zwykła dziewczyna z problemami , ona sama w sobie jest problemem dla innych .
W tej książce polowanie nadchodzi nocą , dziewczyna zabiera nas na walkę z ludźmi opętanymi przez demony , w tej walce są dwa wyjścia , egzorcyzm ,który uwalnia ciało i posyła demona do piekła , bądź piekielne ostrze , które kończy raz na zawsze żywot jednego i drugiego .
Zdarzają się demony wyjątkowe ,albo wyjątkowo zabawne , tu widzimy Kiliana ,demon jak się patrzy ,który stał się wrogiem dla swojego gatunku , jest za razem tym dobrym i tym złym .
W książce tej nie brak przyjaźnij , rywalizacji i walki . Walka ta , nie zawsze kończy się wygraną ,ale zawsze pozostawia po sobie ślady .Tessa jest bardzo dzielna , albo jej wewnętrzny towarzysz jest całkiem przydatny . Ja jestem przyjemnie zaskoczona , czytało się bardzo ciekawie , nie mogłam się oderwać , było napięcie , była prawdziwa wojna i był zdrajca !
Wiecie co ,kiedy nie czytałam , chodziłam po domu "coś tam robiąc" zastanawiałam się co będzie w następnym odcinku .
W książce znajdziemy zabawne dialogi , dziewczyna mimo swojego powołania ,potrafi być zabawna a w towarzystwie Kiliana razy dwa :) Mogła bym pisać więcej ,o nich o całej historii , ale wolę żebyście na własnej skórze to poczuli.
Podoba mi się to , że nasi autorzy a w tym przypadku autorka  ma tak genialną wyobraźnię , aby wykreować cały ten piekielny świat , chwilami czułam , jak bym była obecna na polowaniu . Kochani jak się okazuje to jest dobre ,bo nasze Polskie . Cieszę się ,że mogłam przeczytać ,poznać i na prawdę polubić. 
Także kochani dajcie porwać się Tessie na polowanie , może razem uda wam się skopać parę tyłków , a może i wy spotkacie swojego demona z piekła rodem :) 




wtorek, 15 października 2019

"Ian" Irytujący , wkurzający ,całkiem niezły w tym co robi

Mam za sobą jednego Skrzydłowego ,Ian bo o nim mowa , był utalentowanym sportowcem , jednak los wywrócił cały jego świat do góry nogami .  Seria skrzydłowi to historia o chłopakach , a może  mężczyzn ,którzy mają za duże mniemanie na swój temat . Ian jest wszystko wiedzącym trenerem podrywu , ale nie robi nic złego , pomaganie przecież jest dobre , wykorzystuje to co myśli , że robi najlepiej .
W książce są momenty w których się nudziłam, miałam ochotę przeskoczyć , ale tak się nie robi :) , nie było wielkiego wow , nie raz  miałam ochotę kopnąć głównego bohatera ,tam gdzie najbardziej zaboli , chociaż , jego sposoby trzeba przyznać były skuteczne , może to dla tego tak obrósł w piórka?
Książkę jako całość uważam za dobrą , chyba zakończenie mnie przekonało do takiej decyzji , kiedy nasz Ian musu poczuć wszystko na własnej skórze . Miłość dopada nawet takich jak on , takich którzy myślą , że wiedzą wszystko o wszystkim i mogą każdą mieć .
Także zaczytanego , dajcie się porwać #Skrzydłowym , przekonajcie się , który bardziej działa na nerwy , który podnosi ciśnienie , no kochane , przecież lubimy niegrzecznych chłopców :)

poniedziałek, 16 września 2019

Lex -Zastępca trenera podrywu -rozdziały

Był Ian Czas na Lexa , Tych dwoje może nam zapewnić przyzwoitą dawkę śmiechu ..chcecie poznać go lepiej ? 

---------------------------------------------------------------------------------

Mojemu synowi. Nigdy się nie ożenisz! HA,HA!
Nie, ale poważnie…


PROLOG
LEX


2012 rok – pierwszy rok studiów
Kampus Uniwersytetu Waszyngtońskiego
Bożonarodzeniowa impreza bractwa Zeta Psi, pierwsza w nocy

Salon spowijał gęsty dym. Osoba, która umieściła maszynę dymiącą w pokoju pełnym spoconych facetów, powinna sczeznąć w piekle.
– Gdzie są laski? – zapytałem mojego przyjaciela Iana, który zastanawiał się, czy w przyszłym roku ubiegać się o członkowstwo w bractwie Zeta Psi. Był jednak gwiazdą sportu, więc nie wiedział, czy wystarczy mu czasu. Zaproszono nas, jak głosiła wieść na kampusie, na „imprezę roku”. – To festiwal kiełbasek! – stwierdziłem zniesmaczony.
Ian zmarszczył brwi.
– Może dojdą z opóźnieniem?
– Nikt nie lubi… dochodzić z opóźnieniem. Dochodzenia nie powinno się odkładać na później. – Klepnąłem go w plecy. – Uczysz się o tym, gdy stajesz się mężczyzną…
– Palant. – Popchnął mnie w oślepiający dym, który tak gryzł w oczy, że od razu zapragnąłem wyjąć soczewki. Istniało prawdopodobieństwo, że jeśli nie wyjdę z zadymionego pomieszczenia, niechcący pocałuję faceta, a takie zabawy mi nie pasowały.
– Chodźmy.
– Dobra.
Ian odstawił piwo na pobliski stolik, po czym ruszył za mną. Gdy zaczęliśmy przeciskać się przez tłum, ktoś zagrał na trąbce, a potem wbiegła setka dziewczyn ubranych w czerwono-zielone świąteczne bikini.
– Juuhuu! – krzyczały. Dziewczyny z bractwa zawsze się wydzierały, ale tym razem te piski mi nie przeszkadzały, ponieważ szły w parze z niemal nagimi, podskakującymi laskami. Uśmiechnąłem się cwaniacko, gdy Ian wykrztusił pod nosem:
– Niech Bóg nas błogosławi.
Ruszył w kierunku dziewczyn.
– Zaczekaj, mały. – Złapałem go za koszulkę i pociągnąłem do tyłu. – Nie idziemy do nich, to one mają podejść do nas. Pamiętasz zasady? – Nigdy nie musiałem się starać, by zdobyć dziewczynę. Nie zamierzałem zmieniać przyzwyczajeń, tylko dlatego że Ian obawiał się, iż najlepsze okazy wyrwie ktoś inny.
– Nasze fiuty czekały już ponad trzy godziny, a ty jeszcze mnie wstrzymujesz?
Przewróciłem oczami.
– To nauka.
W podręczniku stworzonym na własny użytek, a zatytułowanym: „Podstawy zaliczania” napisałem, że nigdy nie będziemy podbijać do dziewczyn.
– Co jest nauką?
– Seks. – Kiwnąłem głową w kierunku dziewczyn, które już wydawały się znudzone otaczającymi ich chłopakami i ruszyły w naszą stronę. Jedna z nich miała na sobie czerwone stringi pasujące do króciutkiej spódniczki z Mikołajem, czerwony koronkowy stanik, a na głowie przekrzywioną, superuroczą czapkę Mikołaja. Druga przebrała się za niegrzeczną reniferzycę – jej nadgarstki zdobiły małe opaski, a na szyi wisiał dzwonek.
– Hej. – Niegrzeczna reniferzyca zatańczyła i pomachała. – Zagrasz na moim dzwonku?
Niemal się zgodziłem, no bo hej, chciała, żebym zagrał na jej dzwonku.
Okazałbym się idiotą, gdybym nie zabrał laski na górę albo do innego pokoju czy nawet spiżarni, by przekonać się, na ilu dzwonkach mógłbym zagrać. Pragnąłem jednak większego wyzwania.
Może jako geniusz komputerowy potrzebowałem skomplikowanego zadania lub przynajmniej czegoś wymagającego od mnie więcej niż tylko otwarcia ust. Nie zamierzałem pytać, czy chciała być na dole, na górze czy może wolała raz tu, raz tam.
– Ian. – Wbiłem mu łokieć. – Weź te urocze młode damy na drinka, a ja skoczę… po coś do samochodu? – Kiepska wymówka, ale jako gwiazda drużyny futbolowej UW Ian sobie poradzi. Poza tym lubił dzielić się miłością, nawet jeśli zaspokajanie dwóch dziewczyn na raz nie należało do najłatwiejszych zadań.
– Dobra… Coś z… samochodu. – Którym nie przyjechaliśmy. Niemniej przyjaciel połapał się w sytuacji, bo objął dziewczyny umięśnionymi ramionami i odszedł, uśmiechając się cwaniacko.
Przewróciłem oczami, gdy laski zachichotały, przywierając do niego, jakby był Russellem Wilsonem[1]. Chociaż, jeśli kumpel nadal będzie tak grał, to wszystko jest możliwe.
Szybko omiotłem wzrokiem pomieszczenie. Pozostałe dziewczyny wyglądały identycznie. W morzu czerwieni oraz zieleni dostrzegłem tylko łatwe laski, gotowe rozłożyć nogi przed umięśnionym chłopakiem z zabójczym uśmiechem. Jednego i drugiego miałem na pęczki. Nie zyskałem przydomku „Lex Luthor”, dlatego że byłem dżentelmenem noszącym koszule na guziki, który używał w sypialni słów „proszę” i „dziękuję”.
Byłem złoczyńcą.
Z Ciemnej Strony.
Niegrzecznym.
Chłopakiem, którego dziewczyny przyprowadzały do domu, żeby wkurzyć ojca, chociaż plan spalał na panewce, ponieważ należałem do Mensy[2]… mimo że nie wyglądałem jak stereotypowy geniusz. Większość dziewczyn miała mnie za mrocznego, złowieszczego, jeżdżącego na motocyklu frajera, który jakimś cudem nie wyleciał jeszcze ze studiów. Nie wiedziały jednego: miałem więcej szarych komórek w małym paluszku i więcej pieniędzy na koncie, niż byłyby w stanie sobie wyobrazić… lub policzyć na dziesięciu palcach.
Marszczyłem brwi, przedzierając się przez gęsty tłum napędzanych hormonami studentów. Niemal wpadłem na niewysoką, przebraną za elfa dziewczynę w masce. Bacznie przyjrzała mi się wielkimi, szmaragdowymi oczami.
– Przepraszam. – Opuściłem wzrok na jej dekolt, który był… jak powiew świeżego powietrza. Idealny. Panna nie ukazywała zbyt wiele ciała. Pozostawiała co nieco wyobraźni. Spodobało mi się to. Pachniała miętą pieprzową.
Mięta była moją słabością.
A może cycki były moją słabością.
Zwilżyłem wargi językiem, gdy mrugała zszokowana i zdezorientowana, jakby niepewna, czy stał przed nią przyjaciel czy wróg.
Ha, przynajmniej w jakiejś części stanowiłem połączenie jednego i drugiego. Dziś jednak chciałem stać się najlepszym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miała. Wysunęła różowy języczek, zwilżyła wargi, a mój fiut drgnął z zazdrości. Policzki dziewczyny zabarwił jaskrawoczerwony rumieniec, jakby wyczuła moje myśli. Codziennie dawałbym jej się pobawić moją laską cukrową.
Było w niej jednak coś dziwnie znajomego, jakbyśmy się już spotkali… Ale to najstarszy frazes znany ludzkości. Prawda wyglądała jednak tak, że nawet jeślibym ją znał, to wciąż zanurzałbym się w niej po same jaja. Była olśniewająco piękna.
– Lex. – Wyciągnąłem rękę, od razu łamiąc zasadę z naszego podręcznika. Facet nie powinien wyciągać dłoni jako pierwszy. Sprawiał tym wrażenie miłego, przez co laski od samego początku zakładały, że marzył o stałym związku. Opracowaliśmy z Ianem zasady, gdy dotarło do nas, że świat uniwersyteckiego seksu potrzebował kogoś, kto przejąłby stery i strategicznie kierował kobiety do obustronnie zadowalających spotkań bez zobowiązań. Nigdy nie podchodziłem do dziewczyn, nigdy się nie przedstawiałem, a już na pewno nie ściskałem dłoni laskom, kiedy mogłem ssać ich sutki.
Zmarszczyła brwi. Powoli, metodycznie, mocno ujęła moją rękę.
– Gabrielle, ale przyjaciele mówią mi Gabi.
Gabi? Dorastałem z Gabi. Niemożliwe, by koścista, nieśmiała Gabi, którą torturowaliśmy z Ianem, przemieniła się w stojącą przede mną wizję seksu. Poza tym tamta dziewczyna powinna być w ostatniej klasie liceum i zapewne jeszcze nie wyrosła.
– A jak mówi do ciebie twój chłopak? – Przybliżyłem się.
– Sara. – Drgnęły jej wargi.
– Hę?
Śmiech elfki dotknął mnie tam, gdzie nie powinien. Była to automatyczna reakcja fizyczna – bliskość dziewczyny doprowadzała mnie do szaleństwa, chociaż nie rozumiałem, dlaczego tak się działo.
– Umawiał się ze mną i Sarą w tym samym czasie. Pomylił się, kiedy całował mnie na dobranoc.
– Kurna. – Pokręciłem głową, uśmiechając się pod nosem. – Kopnęłaś go w sprzęt?
– I ugryzłam w język – powiedziała i uśmiechnęła się jak dzika kotka. – Jestem agresywna.
– Feminizm. – Przytaknąłem. – Wspieram ten ruch… przysięgam. – Przyłożyłem dłoń do serca. – Mam nadzieję, że chodził dziwnie przez cały rok.
– Ech. – Wzruszyła ramionami. – Niezbyt było w co kopać.
– Zostaniemy przyjaciółmi? – wypaliłem roześmiany.
Również się zaśmiała. Ktoś ją popchnął i wpadła mi w ramiona. Przywarła delikatnymi palcami do moich bicepsów, a biustem do klatki piersiowej.
Zaparło mi dech. Uniosła twarz.
Przepadłem.
Postradałem rozum, zapomniałem o zasadach ze swojego podręcznika i stawiając wszystko na jedną kartę, pocałowałem ją delikatnie, jakbyśmy znali się całe życie, a nie cztery minuty i trzydzieści sześć sekund. Splotła słodki język z moim tak agresywnie, że momentalnie mnie zaskoczyła. Przeczesywała palcami moje króciutkie włosy, aż w skórze głowy oraz całym ciele rozpalił się żar.
Jęknąłem, unosząc ją, gdy pogłębiła pocałunek. Co, do licha? Dlaczego tak mi się poszczęściło? Oderwaliśmy się od siebie, by zaczerpnąć powietrza. Policzki wciąż miała zaczerwienione, co mnie rozbawiło.
– Jesteś urocza – wyznałem. – Seksowna, ale urocza. Jak to możliwe?
– Gdybym była Sarą, powiedziałabym, że jestem niesamowita w łóżku.
– Och, tak?
– Tak, ale jestem sobą, więc zapewne zbyt niewinna ze mnie dziewczyna, by znać pełnię swojej niesamowitości.
– Niewinność jest okej – zapewniłem. Stałem się opiekuńczy względem uroczej, żywo reagującej na mnie panny, którą obejmowałem.
Zmarszczyła brwi. Odsunęła się i stanęła, kiedy zamrugały światła, a po chwili zgasły.
– Nie chcę już być niewinna – szepnęła mi do ucha.
Jasny gwint!
Szybko rozejrzałem się po ciemnym pokoju. Z tanich głośników dudniła muzyka techno, która ustawała co kilka sekund.
– No cóż… – Złapałem ją za biodra i nachyliłem się, wiodąc ustami po płatku jej ucha. – Znalazłaś odpowiedniego faceta.
– Też tak myślę.
Chwyciłem Gabi za rękę, a potem poprowadziłem na górę. Wydawałem się spokojny, chociaż w duchu przybijałem sobie piątkę, a mój fiut wywijał koziołki.
Mocniej uścisnąłem rękę, ciągnąc dziewczynę po schodach. Niemal unosiłem się w powietrzu, a laska biegła za mną. Okazało się, że jej śmiech oraz zarumienione policzki to dla mnie za wiele.
Dotarliśmy do sypialni w dziesięć sekund.
Drzwi były zamknięte. Otworzyłem je, zatrzasnąłem, po czym oparłem o nie dziewczynę. Przywarłem wargami do jej szyi.
– Co, do cholery?! – zawołał zza nas Ian.
Rozdzieliliśmy się z Gabi.
– O kurna – powiedziałem, śmiejąc się zadyszany. – Sorki, stary, nie wiedziałem, że tu jesteś.
– Gabs! – krzyknął przyjaciel. – Co ty, do DIASKA, wyprawiasz?! – Półnagiemu Ianowi towarzyszyły dwie niemal gołe dziewczyny. W ciągu wielu lat naszej przyjaźni nigdy nie widziałem go tak wściekłego. On się nie złościł.
Ostrożnie się cofnąłem, unosząc ręce.
– Ian? Co się stało, stary?
– Gabs! – znów krzyknął. – Wiesz kto to? – Wskazywał na mnie palcem, jakbym był przestępcą.
– Ian, nie wtrącaj się! – Gabi podniosła głos, kładąc dłonie na biodrach. – Idź sobie!
– Idź? – zapytał, następnie głośniej powtórzył: – IDŹ?! – Podszedł do niej ciężkim krokiem. – Dlaczego tu jesteś? Kazałem ci zostać w domu, odrobić lekcje. Obiecałaś po tym, co stało się z Markiem…
– Markiem? – powtórzyłem, gdy w końcu niewyraźnie zaczęło do mnie docierać, że to była ta Gabi. Gabi, z którą się wychowałem, która w zeszłym tygodniu zadzwoniła zapłakana do Iana i skarżyła się, że były chłopak ją zdradzał. – O kurwa! – Cofnąłem się. Była chociaż pełnoletnia?
Przewróciła oczami.
– Mam osiemnaście lat.
Dzięki Bogu!
– Nieważne. – Kumpel chyba zaraz puści pawia. – Nie możesz tu być, Gabs. Jestem twoim przyjacielem. – Nasze spojrzenia się spotkały, a on przekazał swoim więcej, niż musiałem wiedzieć. To była Gabs – dziewczyna, która przychodziła na każde urodziny Iana, gdy był młodszy, która kibicowała mu na wszystkich jego meczach. Ta sama Gabs, w którą rzucałem kamieniami, zanim przeprowadziliśmy się na drugi koniec miasta.
Przysiągłem Ianowi, że nie tknę tej Gabi nawet za milion dolarów. Jednakże złożyłem tę obietnicę, gdy mieliśmy jedenaście lat.
Dziewczyna była nie tylko zakazana.
Była też nietykalna. Tylko ona mogła zniszczyć przyjaźń moją i Iana, tworząc między nami przepaść tak szeroką oraz głęboką, że nigdy bym z niej nie wypełznął.
– Spoko. – Szybko uniosłem ręce. – Nic się nie stało.
– Nic się nie stało? – Gabi prędko odwróciła głowę i spiorunowała mnie wzrokiem.
Miałem dwie możliwości: mogłem zgrywać dżentelmena, zapewnić ją, że nie byłem okropnym facetem, że tylko starałem się chronić dziewczynę, która zasadniczo była jedyną rodziną, jaką miał mój przyjaciel, albo mogłem skłamać i sprawić, by uznała mnie za okropną osobę. Dziewczyna taka jak ona, a zresztą niemal każda przedstawicielka płci pięknej, pragnęła dżentelmena, pragnęła wierzyć, że wszyscy mężczyźni są dobrzy, że trzeba dać im tylko szansę. Gabi patrzyła na mnie tak, jak patrzy się na groźnego psa w schronisku, gdy chce się go pogłaskać.
Mogłem się poddać pieszczocie.
Lub kąsać jak ogar piekielny.
Dziewczynie takiej jak Gabi należało zaserwować to drugie… jeśli chciałem, by między mną a Ianem wciąż panował pokój. Westchnąłem. Potrzebowałem swojego przyjaciela, czasami chyba nawet bardziej niż on mnie. Cholera, potrzebowałem go tak, jak on Gabi. Niech to szlag.
Nie miałem wyboru.
– Do diabła. – Wybuchnąłem śmiechem. – Pójdę na dół i wyrwę inną laskę. Przecież są miliony takich jak ona. – Puściłem do niej oko, złapałem za tyłek, po czym przyciągnąłem do siebie. Opryskliwie przyznałem: – Między nami doszło do czegoś prawdziwego, ale wołają mnie też inne cycuszki.
Niemal się zrzygałem, wychodząc z pokoju. Opuściłem imprezę, nie oglądając się nawet na mijanych ludzi ani na jedyną dziewczynę, która skusiła mnie, bym zapragnął… czegoś więcej.


[1] Russell Carrington Wilson (ur. 29 listopada 1988 r.) – rozgrywający dla Seattle Seahawks z National Football League (przyp. red.).
[2] Mensa – największe i najstarsze stowarzyszenie ludzi o wysokim ilorazie inteligencji (przyp. red.).
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
ROZDZIAŁ PIERWSZY

LEX

Cztery lata później
Ostatni rok studiów

– O tam. – Przywarła piersiami do moich pleców, gdy wskazała książkę, która, tak się złożyło, leżała z sześćdziesiąt centymetrów nad dziewczyną. – Ta z niebieskim grzbietem.
Uśmiechając się pod nosem, przeczytałem na głos tytuł.
– Tysiąc i jeden sposobów na zaspokojenie mężczyzny?
– Właśnie ta. – Wyobraziłem sobie, czy naprawdę powiedziała to zachrypniętym głosem? Objęła mnie w pasie. – O, przepraszam. Wydawało mi się, że widziałam kolejną książkę, która mnie… podekscytowała. Pomyliłam się. – Zabrała rękę z mojego krocza oraz pustej półki znajdującej się w jego pobliżu.
Parsknąłem, zdejmując książkę. Wciąż się nie odwróciłem.
– Wiesz, miło jest się ze mną uczyć.
– Słyszałam – mruknęła jak kotka.
No jasne. Miałem legendarną reputację. Za dnia byłem typowym komputerowcem, spędzałem większość czasu w pracowni, ucząc wykładowców kodowania. Kurna, nawet adoptowałem psy, rozdawałem ulotki Greenpeace’u i dawałem datki na schroniska dla bezdomnych.
A nocą?
– To… – Miękkimi, wilgotnymi wargami pieściła mój prawy biceps. – Co ty na to?
Seksualne napięcie przerwał irytujący głos pewnej kobiety.
– Uzależnienie od seksu można poznać po tym, że delikwent czyha w sekcji z Kamasutrą na laski, których nie będzie musiał oceniać w łóżku albo – Boże, uchowaj – dawać im instrukcji.
– Gabs. – Odwróciłem się, mocno zaciskając dłonie w pięści oraz zęby, gotów na walkę lub by przykryć sprzęt, jeśli znów spróbuje mnie kopnąć między nogi.
– Przytyłaś? – rzuciłem.
– Hm, nie wiem. Pomogli ci w przychodni dla ubogich pozbyć się tych wszy łonowych?
Dziewczyna, której imię zapomniałem, jak zresztą niemal każdej, zabrała książkę i szybko się oddaliła, gdy Gabi posłała mi wymowne spojrzenie.
– Tak tylko mówię, ale to ona poprosiła mnie o pomoc. – Nie wiedziałem dlaczego, do licha, wyjaśniałem cokolwiek pomiotowi szatana. Może stało się tak, ponieważ patrzyła, jakby od wylądowania w areszcie dzieliła mnie tylko jedna zła decyzja.
Gabi zacisnęła miękkie, różowe wargi w cienką linię i zmrużyła oczy.
– Spóźniłeś się.
– Tak się składa, że – podszedłem do niej – przyszedłem wcześniej. Zobaczyłem damę w potrzebie, więc posłużyłem jej pomocą. Wiesz, jak to jest. Nic nie poradzę na to, że nieustannie przyciągam do siebie estrogen.
– Tak. – Wskazała na taboret stojący przy regale. – Są takie spragnione uwagi… i tak bardzo głupie. Nie potrafiła wymyślić lepszej wymówki? Dlaczego nie powiedziała, że ma lęk wysokości i nie zapytała, czy mógłbyś podać jej tę książkę?
Przewróciłem oczami.
– Gabs, wiem, że jesteś tak mała, iż wszystko wydaje ci się bardzo, bardzo przerażające, ale taboret ma tylko trzydzieści centymetrów. Jeśli tamta laska się go obawiała, to zapewne obawia się też wszystkiego o podobnych wymiarach. – Pochyliłem się, uśmiechając ironicznie. Uniosłem jej włosy, by szepnąć do ucha: – Kogo próbuję nabrać? Uwielbiam, kiedy dziewczyny krzyczą w moim łóżku.
Gabi popchnęła mnie w pierś. Mocno.
– Ohyda! Zarażaj kogoś innego. – Wzdrygnęła się i oddalając z tupotem, zawołała przez ramię: – Po prostu miejmy to już z głowy, dobra?
– Spoko. – Ruszyłem za nią z prędkością niepełnosprawnego żółwia, z obawą stawiając każdy krok zbliżający mnie do stolika, przy którym dziewczyna położyła swój różowy plecak oraz rozłożyła zakreślacze.
U niej wszystko musiało znajdować się na swoim miejscu.
Było to zachowanie tak typowe dla Gabi, że z trudem zapanowałem nad sobą, by się nie uśmiechnąć lub nie roześmiać. Gdybym okazał radość, mogłaby pomyśleć, że przynajmniej lubię ją jako przyjaciółkę, co nie było prawdą.
Była dla mnie zupełnie zakazana. Oznaczało to, że gdy tylko przed czterema laty odszedłem od niej, stała się dla mnie nikim. Uznałem ją za androgenicznego, bezpłciowego, bardzo brzydkiego kolesia, brata, kozę.
Poza tym przyjaźń między dziewczynami a chłopakami zdarzała się… nigdy. Ergo, teoria o kozie. Jeśli będę myślał o Gabs jak o zwierzęciu albo bezpłciowym człowieku, to nie padnę ofiarą jej uroku ani nie zdecyduję się z nią przyjaźnić. Zapragnąłbym zapewne czegoś więcej, przespałbym się z nią i wszystko zepsuł, ostatecznie czując do niej niemal równie wielką nienawiść, jaką wypełniałem samego siebie.
Błędne koło.
Nie zamierzałem się tak zapętlić.
Gabs ssała końcówki włosów. Miała taki obrzydliwy nawyk. Potem wyciągnęła kartki.
– Dobra, więc wzięłam się do roboty i przejrzałam wszystkie zgłoszenia mężczyzn, po czym zestawiłam je z danymi klientek, które już mieliśmy w bazie. Zaimportowałam je do nowego programu, ale nie wiem, jak to ma wypalić przy planie zajęć twoim i Iana.
– Uroczo. Tak samo mówisz w łóżku?
– Lex – warknęła, podsuwając mi kartki. Były zapisane mnóstwem liczb. Byłem uzależniony od liczb, stanowiły mój narkotyk. Kochałem je. Najpierw zauważyłem, że Gabi nie namieszała nic z danymi, więc nie miałem powodu, by zwolnić ją ze Skrzydłowych. Dziewczynę zatrudnił Ian, by mogła opłacić studia. Wiedział, że potrzebowała funduszy, ale była zbyt dumna, by przyjąć je od któregoś z nas w prezencie – nie żebym cokolwiek jej proponował.
Zamiast tego przyjaciel dał jej pracę.
W mojej spółce.
Dobra, byliśmy partnerami, niemniej i tak się wkurzyłem. Olała formularze z McDonalda oraz Starbucka, które zostawiłem w jej kuchni. Zażądałem nawet spłaty przysługi, którą winny był mi Microsoft po stażu odbytym u nich latem. Dziewczyna odmówiła!
Ianowi i mnie został już tylko jeden semestr studiów.
Semestr, podczas którego spadło na mnie przekleństwo. Musiałem wytrzymywać z Gabi nie tylko dlatego, że przyjaźniła się z Ianem, lecz także dlatego, że on, odkąd związał się kilka tygodni temu z Blake, nie wyrabiał się z niczym.
Jęknąłem, gdy cyfry zlały mi się przed oczami. Skrzydłowi byli dokładnie tym, czym się wydawali. Ian wymyślił tę usługę po wypadku, który wydarzył się podczas pierwszego sezonu, kiedy grał w drużynie Seahawks. Pomagaliśmy jako skrzydłowi dziewczynom, ale tym dobrym, a nie takim, które obmacywały mnie w księgarni, odnaleźć swoje szczęśliwe zakończenie.
Powstrzymywaliśmy je przed zniżeniem się do związku z totalnymi idiotami.
Jednocześnie pomagając im zdobyć pewność siebie.
Wiem, wiem, zasługuję na Purpurowe Serce. Może z tego powodu noce spędzałem z tyloma… dupami. Istniała granica tego, ile dobra mogła znieść moja dusza, nim wybuchnąłbym brokatem czy motylkami, co wcale nie byłoby fajne.
Ian z Blake wymyślili, byśmy poszerzyli klientelę o mężczyzn. Mimo że chciałem odmówić, ponieważ miałbym o wiele więcej roboty, wiedziałem, że mieli rację. Na samym moim kierunku było mnóstwo facetów, którzy nigdy nie byli na randce, więc dzięki nim wiedziałem, że wyświadczaliśmy społeczeństwu przysługę.
Szybko zmodyfikowałem program, byśmy mieli bazę danych lub pulę wolnych kobiet oraz mężczyzn, a następnie poumawiałem spotkania z najbardziej beznadziejnymi przypadkami. Ich również wyłowił program.
– Lex? – Gabi pstryknęła mi przed nosem palcami. – Słuchasz mnie?
– Nie. – Odsunąłem jej rękę. – Czytałem. I chociaż nie chcę wypowiedzieć tych słów…
– Mam rację? – Uśmiechnęła się promiennie, po czym przygryzła dolną wargę.
Stęknąłem. Mruknąłem pod nosem:
– Masz rację. Co oznacza, że albo musimy zatrudnić kogoś jeszcze, albo weźmiesz na siebie nowe zadania.
– Nowe zadania? – Zmarszczyła ciemne brwi, okręcając długie, kasztanowe pasma włosów wokół palców. – Yyy, nie taka była umowa.
– Uległa zmianie. – Wstałem, zgniotłem papiery i wyrzuciłem je do kosza. – Jeśli wezmę na siebie choćby jedną osobę więcej, odbędzie się to kosztem studiów. – Dobra, skłamałem, ale nie chciałem spędzać całego dnia z klientami, ponieważ byłbym zbyt zmęczony na „dodatkowe zajęcia”. – Musisz popracować z niektórymi kolesiami.
– Nie! – Gabi pospiesznie wstała. – Wiesz, że nie mogę tego zrobić!
– Wiem? – Spojrzałem ponad nią na cycatą blondynę, która zerkała na mnie i puściła do mnie oko.
– O nie, nie ma mowy. – Gabs wskoczyła na krzesło i ujęła moją twarz w dłonie. – Spójrz na mnie.
– Patrzę – powiedziałem celowo znudzonym tonem, próbując wbić wzrok w stojącą za nią Cycatą.
– Lex! – Pacnęła mnie w policzek. – Skup się, przestań myśleć dolnym mózgiem, niech krew ponownie popłynie ci do góry.
Wybuchnąłem śmiechem.
– Chyba coś ci się pomyliło…
Zakryła mi usta dłonią. Zauważyłem, że kciuk miała pomazany różowym zakreślaczem pachnącym truskawkami. No jasne.
Szeroko otworzyła zielone oczy.
– Nie mogę spotykać się z klientami płci męskiej ani ich uczyć, ani…
Przewróciłem oczami, odsuwając jej rękę.
– Wyszkolę cię w tydzień, Gabi. Przecież to nic trudnego. Będziesz miała do czynienia z kujonami szukającymi kujonek, z którymi będą mogli spłodzić małe kujonki, a te następnie również spłodzą małe kujonki, które zapewne stworzą pewnego dnia dość robotów, by sprowadzić na świat apokalipsę. – Nie wspomniałem, że trening będzie dotyczył także uwodzenia oraz innych zadań. Byłem dość pewny, że jeśli miałaby szansę, to prędzej by umarła, niż zgodziła się na ten plan. Tak czy siak zmuszę ją, by zrezygnowała. Przynajmniej pomachałem jej przed nosem nadzieją, aby ostatecznie, gdy się wycofa, wina spadła tylko na nią, jakby samodzielnie podjęła tę decyzję. Widzicie? Jestem prawdziwym dżentelmenem, gdy tylko tego chcę.
Zacząłem się oddalać, ale Gabi uczepiła się moich pleców jak jakaś małpka i wbiła stopy w moje boki.
– Stój!
Odchyliłem głowę, przywalając jej w podbródek.
– Aua! – krzyknęła.
– Przepraszam!
– Nieprawda!
– Skąd wiesz? – Gromadziła się wokół nas publiczność. – Złaź ze mnie!
– Dopiero gdy obiecasz, że nie będę musiała się puszczać! – syknęła.
Spojrzał na nas pracownik biblioteki. Świetnie.
Ściszyłem głos, jednocześnie próbując poluzować ucisk jej nóg na mojej talii.
– Nie puszczasz się, a pomagasz. Uwierz mi, Gabi, to wielka różnica.
Odwróciłem głowę, a dziewczyna w tym samym czasie się nachyliła, więc musnęła wargami moje ucho.
Zamarłem.
Ona też.
Czas się zatrzymał.
Dwa razy odetchnąłem głęboko.
– To tylko praca, Gabs. Jeśli sobie nie poradzisz, znajdę kogoś innego. – Oto przedstawiłem idealny plan. Mogłem ją zwolnić, jeśli odmówi wykonywania obowiązków, dzięki czemu oboje poszlibyśmy w swoją stronę. Do granic szaleństwa doprowadzała mnie bliskość jej skóry pachnącej truskawkami, a zawsze czerpałem dumę z faktu, że ciężko było mnie złamać.
Dopóki nie pojawiła się Gabi.
– Nie. – Uszczypnęła mnie w szyję. – Połowa firmy należy do Iana. Po prostu…
– Już zawsze będziesz używać tego argumentu? To twój plan awaryjny? Będziesz biegać po pomoc do Iana za każdym razem, gdy napotkasz jakieś trudności?
Oddychała spazmatycznie.
Mam cię, słoneczko.
– Tak myślałem. Słuchaj, jestem zmęczony i potrzebuję seksu, więc jeśli nie masz ochoty mnie zaspokoić, to proszę, zejdź ze mnie i wróć do domu.
Zsunęła się. Jędrne piersi dziewczyny pomachały mojemu ciało na pożegnanie, kiedy zirytowany zacisnąłem zęby.
Odwróciłem się z nikczemnym uśmiechem.
– Zaczynasz jutro – rzuciłem.
Policzki jej poczerwieniały. Obstawiałem, że się wycofa. Powinna, przecież była niewinna i rzadko się umawiała. Cholera, nawet moja babcia miała w tych sprawach większe doświadczenie niż Gabi.
Żółw miał większe doświadczenie.
Przyjaźniliśmy się z tym samym facetem, a kiedy rzeczony facet się upił, wyznał powód, dla którego był tak opiekuńczy w stosunku do naszej drogiej, kochanej Gabi. Dziewictwo. Była dziewicą.
Zasadniczo oznaczało to, że poniesie błyskawiczną klęskę w tej robocie, a ja udokumentuję każdą chwilę, po czym poinformuję Iana, iż dziewczyna musi znaleźć sobie inną pracę.
Idealny plan?
O tak.
– Znaczy… – Puściłem do niej oko. – Chyba że wolisz zacząć już dziś. – Zwilżyłem wargi językiem i przechyliłem głowę. – Mój rekord to czterdzieści osiem sekund. Obstawiam, że z tobą zajęłoby mi to tylko dwadzieścia.
W stronę mojej głowy poleciał podręcznik.
Chyba otrzymałem odpowiedź.
– Wiesz… – Kiwałem się na piętach. – Zawsze możesz aplikować do McDonalda. Ludzie są mi winni przysługi, więc mogę się upomnieć, Gabs. Nie pasujesz do Skrzydłowych.
Nozdrza jej zafalowały.
– Potrzebuję tej pracy, Lex. Tylko u was zarobię dość, aby…
Uniosłem brwi.
– Aby… Gabs? Kupić więcej butów? To że jeszcze nie uregulowałaś czesnego, jest do ciebie niepodobne.
– Drań! – wrzasnęła, rzucając we mnie kolejną książką. Uchyliłem się. – Znów zhakowałeś moje konto?
– Ja? – Niewinnie wzruszyłem ramionami. – Szczerze, jestem zaskoczony, że jeszcze nie włamał się na nie jakiś pięciolatek. Zdajesz sobie sprawę z tego, że „hasło” jako hasło to zasadniczo rozkładanie wycieraczki z napisem „Witaj”?
– Nienawidzę cię.
– A ja ciebie, słoneczko. – Uśmiechnąłem się złośliwie. – A teraz leć, jak zawsze, poskarżyć się Ianowi, a ja, jak zwykle, postoję na zewnątrz, gdy kobiety będą padać mi do stóp.
Odeszła rozwścieczona.
Nie wiedziała o tym, i nigdy nie miała się dowiedzieć, ale cząstka mnie odeszła wraz z nią, bo przy każdej kłótni czułem, jakby pękała część mojej duszy.
Ha, może to dlatego coraz bardziej jej nienawidziłem.
Gabrielle Sava odbierała mi duszę.
Szlag, gdy skończy się semestr, będę demonem lub wampirem.
Cycata blondynka znów puściła do mnie oko. Pomachałem jej. Uśmiechając się, utkwiłem wzrok w krągłym, kształtnym ciele. Zdecydowałem się dziś wbić w nie zęby.
– Zatem zostanę wampirem – szepnąłem i podszedłem do dziewczyny.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
ROZDZIAŁ DRUGI
GABI

Nienawidzę go.
NIENAWIDZĘ GO!
Nienawidzę, nienawidzę, nienawidzę. Powtarzałam te słowa w myślach jak mantrę, gdy rankiem szłam do niedorzecznie drogiego domu, położonego nad niedorzecznie ładnym jeziorem. Przed budynkiem stał niedorzecznie krzykliwy czerwony mercedes.
Lex to straszny palant.
Wyświadczyłabym społeczeństwu przysługę, gdybym podpaliła jego auto.
Poważnie.
Znajdowało się w nim zapewne tak dużo płynów ustrojowych i zarazków, że gdyby pojazd brał udział w wypadku, wszyscy ludzie znajdujący się na autostradzie złapaliby wirusa, co rozpoczęłoby epidemię, która dotknęłaby całe miasto.
Przeszedł mnie dreszcz.
Zaszufladkowałam Leksa do dwóch pudełek.
W pierwszym umieściłam Leksa z dzieciństwa – przyjaciela, który spędzał czas ze mną i z Ianem, zanim przeprowadził się na drugi koniec miasta, po czym więcej go nie widziałam. Jeździł ze mną do szkoły, a kiedy chorowałam, dał mi pudełko chusteczek. To nic, że ukradł je z biurka nauczyciela. Chodzi o to, że Lex z dzieciństwa był idealnym materiałem na męża.
Kto kryje się w pudełku numer dwa?
Lex dupek, czyli oblicze mężczyzny, z którym zaraz miałam się spotkać. Był to Lex, na którego natknęłam się, gdy miałam osiemnaście lat i który natychmiast tak mnie oszołomił swoją niemal boską urodą, że zabrakło mi słów. Był wytworem mojej nadaktywnej, smutnej, napędzanej hormonami wyobraźni.
Z zewnątrz jawił się jako idealny mężczyzna.
Zamyślony, o uwodzicielskim spojrzeniu.
O bicepsach wielkości mojej głowy.
Na jego widok pomyślałam, że gdybym przeczesała palcami krótko ścięte włosy, to doznałabym spełnienia, zanim by mnie dotknął.
Nieważne. Przeszło mi już. Przeszło jak cholera.
Wielu osiemnastolatków miewało głupie zauroczenia, prawda?
Teraz, kiedy patrzyłam w jego oczy o barwie burzowego nieba, dostrzegałam tylko syfilis lub rzeżączkę, a i tak byłam wspaniałomyślna. Facet był chodzącą chorobą weneryczną, ponadto poważnie grał na każdym moim nerwie. Zachowywał się jak dupek. Mówiąc prosto z mostu, bez zbędnego cukrzenia. Należał do tej kategorii facetów, którzy potrafili powiedzieć dziewczynie, że w sukience wygląda grubo czy odmówić zjedzenia pieczywa z koszyka podanego w restauracji. Rozumiecie? Nawet nie umiał dostosować się do etykiety obowiązującej przy posiłku! Skręcało mnie na samą myśl o nim.
W zeszłym roku postąpiłam głupio, gdy poprosiłam Iana, by poszedł ze mną na zakupy, bo oznaczało to, że, oczywiście, musiał dołączyć do nas również Lex. Usłyszałam wtedy, bez żadnych ogródek, że gdybym przestała rano pić mleko czekoladowe, to zmieściłabym się w mniejszy rozmiar.
Uśmiechnął się wtedy.
Pogłębiły się jego dołeczki.
Nawet skrzyżował ręce na klatce piersiowej, jakby chciał przekazać: „Słuchaj, wyświadczyłem ci przysługę, poklep mnie po ramieniu”.
Zamiast tego kopnęłam go w jaja i gdy próbowałam nabić mu śliwę, przyłożyłam Ianowi.
O co chodzi? A o to, że Lex jest diabłem.
Przebywałam z nim tylko, gdy było to absolutne konieczne, a i wtedy Ian przeważnie robił za bufor między nami. Teraz jednak bawił się w uwijanie gniazdka miłosnego z moją dawną współlokatorką Blake, więc musiałam radzić sobie sama.
Lex otworzył drzwi, gdy agresywnie zapukałam w nie po raz trzeci. Czarne dresowe spodnie wisiały nisko na jego biodrach, klasyczną koszulkę z logo Marinersów[1] miał rozpiętą pod szyją, a na jego nosie znajdowały się okulary w czarnej oprawce, zza których oczy mężczyzny wydawały się tak pociągające, że nie powinno to być zgodne z prawem.
– Słoneczko – przywitał mnie, szerzej się uśmiechając i krzyżując umięśnione ręce.
– Kretyn. – Uśmiechnęłam się słodko. – Nowe okulary? Grubsze szkła?
– Żebym mógł cię lepiej widzieć. – Pochylił się i zmrużył oczy. – O, tu są. – Wyciągnął rękę do mojego cycka.
Tak mocno strzeliłam go po łapie, że aż zapiekła mnie dłoń.
– Raczej nie tak powinnaś traktować klientów. – Potrząsnął ręką. Wrócił do salonu i zostawił szeroko otwarte drzwi. Dobre wychowanie było mu zupełnie obce.
Zgrzytając zębami, zatrzasnęłam drzwi, po czym zdjęłam buty, ponieważ wiedziałam, że jeśli wejdę dalej w obuwiu, facet nie da mi spokoju.
Niezły z niego dziwak.
Szokujące, że chociaż zaliczał tyle panienek, kłopotał się używaniem środków dezynfekujących do sprzątania. Prócz tego zawsze nosił wyprasowane ciuchy. Wszystko u niego było nieskazitelne.
Nawet jego oddech.
Niech go szlag.
Pił tyle samo kawy, co pracownicy Starbucksa, a mimo to w jego oddechu nie było jej czuć.
Patrzenie na Leksa, na jego twarz, niemal bolało, gdy miało się świadomość, że idealna aparycja nie odzwierciedlała jego osobowości. Ani odrobinę!
Miał niebezpieczną, nikczemnie pociągającą urodę, jak bohater książek z gatunku paranormal romance.
Kiedy śniłam, że rozjeżdża go samochód, czasami wyobrażałam sobie, że był szlajającym się po mieście wampirem, ubranym tylko w ulubione, czarne dresowe spodnie, a jego skóra mieniła się w świetle latarni, gdy czekał, aż dziwki ustawią się w rzędzie, żeby mógł dziabnąć sobie co nieco.
Przy głowie przeleciał mi ołówek.
– Hej. – Lex uniósł brwi. – Mamy dużo roboty i muszę cię przygotować na spotkanie z dwoma klientami. Śnij na jawie o laskach w wolnym czasie.
– Nie jestem lesbijką.
Przygryzł wargę, rozsiadając się wygodnie na krześle. Powoli powiódł po mnie wzrokiem, zaczynając na niedopasowanych skarpetkach, na głowie skończywszy.
– Jeśli tak twierdzisz, Gabs.
Nie zabiję go. Nie zamorduję.
– Wiesz – zaczęłam, rzucając torebkę na stolik przed nim – założenie, że wszystkie tak się ubierają, jest obraźliwe. – I co? Miałam na sobie znoszony biały T-shirt oraz dziurawe dżinsy, i chyba nie zmyłam wczoraj tuszu z rzęs. To mój środek odstraszający na Leksa. Nie znosił niechlujstwa.
– Obraźliwe – przytaknął. – Prawdą jest też – wyjął ołówek zza ucha i przesunął nim moją torebkę jak najdalej od siebie – że nie umarłabyś, gdybyś raz na jakiś czas włożyła coś innego niż dżinsy czy T-shirt, Gabs – westchnął. – Powtórz: sukieee…
Wyrwałam ołówek z jego ręki, złamałam go i oddałam.
– Wkładam sukienki, tylko nie na spotkania z tobą. Sukienki są twoim kryptonitem, zwłaszcza czarne miniówki. Nie chcę, byś wyobrażał mnie sobie, „biorąc” prysznic.
Parsknął.
– Chciałabyś.
– Tak. Co wieczór przed pójściem spać modlę się, żeby Lex o mnie marzył, gdy będzie sobie zwalał, ponieważ któraś dziewczyna znów nie postępowała w łóżku według jego zasad. „Niech to szlag, kieruj się podręcznikiem!” – powiedziałam, jak najlepiej naśladując Leksa. Tylko raz słyszałam, jak instruował dziewczynę, a uraz pozostanie mi do końca życia. Co ty, do licha, robisz? Wydaje ci się, że mnie zaspokoiłaś? Jest wykres! Uch.
Przewrócił oczami.
– Bardzo śmieszne, podręcznik powstał nie bez powodu. Masz w ogóle jakiekolwiek pojęcie, ile lasek gubi się, gdy krzyczę, by zmieniły pozycję? Chodzi o to, żeby się pospieszyły, wiesz?
Byłam rozdarta wewnętrznie – nie wiedziałam, czy odczuwałam fascynację czy obrzydzenie.
– To – zmieniłam temat – zacznijmy szkolenie, bo mam tyle pracy domowej z chemii organicznej, że będę ją odrabiać przez dziesięć lat.
Lex westchnął, wyciągając rękę.
– Nie. – Skrzyżowałam ręce na piersiach. – Nie potrzebuję pomocy.
Dobra, potrzebowałam jej. Rozpaczliwie potrzebowałam pomocy, a Lex nie był tylko dosyć mądry – kiedy się przykładał ukazywał prawdziwy geniusz. Nie chciałam jednak, by pomógł mi z pracą domową, bo w moim przypadku chemia organiczna przypominała czytanie w obcym języku.
Odchrząknął.
Nie ruszyłam się.
W końcu wstał, przeszedł na drugą stronę stolika i wyciągnął z mojej torebki podręcznik do chemii.
– Który rozdział?
– Lex…
– Jeśli mam ci wyjaśnić chemię organiczną, to mogłabyś przynajmniej zwracać się do mnie per profesorze Lex.
– Posłuchaj uważnie, Lex. – Podeszłam do niego, po czym wyrwałam mu książkę. – Nie potrzebowałam twojej pomocy, kiedy w zeszłym roku niemal oblałam biologię i, za cholerę, nie potrzebuję jej teraz. Odklepmy tylko szkolenie, żebym mogła wrócić do domu i cierpieć w spokoju, dobrze?
– Dobra. – Bez ostrzeżenia chwycił mnie za ramiona i posadził na blacie wyspy oddzielającej salon od kuchni. – Do tej pory pomagaliśmy znaleźć idealnego partnera tylko kobietom. Zasadniczo odgrywaliśmy skrzydłowego, aby idioci tego świata dostrzegli dziewczyny, które cały czas mieli przed nosem.
Dlaczego stoi tak blisko? Musimy się dotykać? Nakazałam ciału nie reagować na bliskość mężczyzny, ale Lex działał niczym magnes, nawet jeśli był z niego szatan. Mój mózg ledwie funkcjonował, gdy ten koleś trzymał wielkie dłonie na moich ramionach.
– Dobra. – Przełknęłam z trudem ślinę. – A odkąd zdecydowaliście, że będziecie też pomagać facetom, mam takie samo zadanie, tylko z drugą płcią. Muszę dopilnować, by kliencie stali się pewni siebie, żeby zdobyli dziewczynę, która do tej pory widziała w nich tylko materiał na przyjaciela lub, co gorsza, zupełnie ich nie dostrzegała.
– Ciekawe, jak to jest – Lex wciąż mnie nie puścił – kiedy nikt cię nie dostrzega… Może następnym razem rób notatki?
Kolejna obelga.
– Lex. – Głośno wypuściłam powietrze. – Weź się do roboty.
– Słusznie. – Nasze spojrzenia na chwilę się spotkały, po czym Lex potarł grzbiet nosa pod okularami. Nie był to seksowny gest. Naprawdę nie był aż tak seksowny. – Wręczamy nowym klientom kwestionariusz, spotykamy się z nimi w miejscach publicznych, ostatecznie przyciągamy do nich uwagę za pomocą uczuć takich jak zazdrość czy ciekawość. Tutaj wkraczasz do akcji ty. Kiedy dziewczyna zobaczy naszego klienta z inną, uzna go za pociągającego, więc taki też się dla niej stanie.
– To takie łatwe?
– Tak jakby. – Pochylił się. – Ale nie możesz być do kitu.
– Być do kitu?
– W niczym. – Zbliżył głowę, aż jego usta znalazły się tuż nad moimi. Zaczynał mnie przerażać. Uciekłabym, ale byłam uwięziona.
– Lex, odgryzę ci język, jeśli mnie pocałujesz. Przysięgam.
– Wiedziałabyś – zabrał jedną dłoń z mojego ramienia i przyłożył mi ją do ust – gdybym naprawdę cię całował. To, moja kumpelko bez gustu, jest trening.
Opuścił głowę.
Przywarł ustami do moich, a po chwili się wycofał.
– Tak. – Pokręcił głową. – Gabs, musisz otworzyć usta odrobinę bardziej. Chłopcy są głupi. Zawsze zakładają, że im więcej używasz języka, tym lepszy jest pocałunek, chociaż prawda wygląda zupełnie inaczej. Niemniej i tak musisz rozchylić usta, a nie zamykać je jak Fort Knox.
– Co się dzieje? – Próbowałam się od niego odsunąć.
Lex przewrócił oczami.
– Gabs, uwierz mi, to tylko interesy. Możesz nawet trzymać przez cały czas rękę na moim sprzęcie.
– Że co?! – ryknęłam.
– Żebyś nie miała wątpliwości co do tego, że mnie nie podniecasz. – Groźnie wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Poważnie, nie mam nic przeciw.
– Ale ja mam!
– Hej! – Zaśmiał się. – Tylko próbuję pomóc.
– Macanie twojego penisa nie jest pomocą, Lex!
– Dziwne, bo przeważnie jednak jest.
– Co za okropny dzień.
– Przez deszcz? – Zmarszczył brwi.
– Nie…
– Pada.
– Przestań! – Popchnęłam go. – Pospiesz się i wystaw mi ocenę za całowanie, żebym mogła iść się pouczyć.
– Całowanie, trzymanie się za ręce, obejmowanie, tulenie, śmianie się i puszczanie oka to tylko kilka umiejętności, w których musisz osiągnąć perfekcję – wyrzucał z siebie mnóstwo okropnych, wprowadzających w otępienie słów.
– Pospiesz się – zrzędziłam pokonana, próbując wyprzeć ze świadomości fakt, że stał przede mną przystojny dupek, który obrażał mnie za każdym razem, gdy nabierał powietrza.
– Ach… – Lex uniósł dłonie. – Nie można pospieszać pocałunku.
– A co z namiętnym pocałunkiem?
– Namiętny pocałunek nie jest pospieszny, jest zapamiętały. Kurna, nie masz o tym zielonego pojęcia?
Rumieniec rozlał mi się na policzkach.
– Z iloma chłopakami się całowałaś, Gabs?
– Z mnóstwem! – Pięcioma. Całowałam się z pięcioma.
– Czerwienisz się nawet na szyi, gdy kłamiesz. – Lex ujął mnie za podbródek i ponownie przywarł ustami do moich. – Rozchyl.
Wzdychając przy jego twarzy, rozsunęłam usta. Przemknął po nich swoimi.
Odsunął się, skrzywiony z irytacji.
– Trochę szerzej, Gabs. Faceci chcą mieć do ciebie dostęp.
Miałam otwarte oczy.
On też.
Nie chciałam, by założył, że mi się to podobało, chociaż zapewne tak właśnie uważał. Tylko że mając otwarte oczy, doświadczałam surowych emocji, ponieważ patrzyłam na niego, kiedy i on mnie obserwował w chwili bliskości.
Przeszył mnie dreszcz.
– Zimno ci? – Wrócił jego uśmieszek.
– Jestem zimna jak kostka lodu. – Spiorunowałam go wzrokiem, stając, zanim on zdjąłby mnie z wyspy.
– Czytasz mi w myślach. – Poważnie skinął głową. – Teraz zrzuć postawę złośnicy i pozwól, że nauczę cię, jak się całować.
– Umiem się całować! – Nie wiem, co mnie naszło. Może chciałam mu udowodnić, że mam jakieś umiejętności, a może napędzał mnie stres wywołany obecną sytuacją. Żeby opłacić czesne, potrzebowałam jego pomocy, co bardzo mi się nie podobało, ale mimo to splotłam dłonie na karku chłopaka i podskoczyłam. Nasze miednice się zderzyły, gdy pożerałam jego wargi z całą namiętnością, jaką mogłam z siebie wykrzesać. Tym razem zamknęłam oczy i cała oddałam się pocałunkowi.
Lex warknął i popchnął mnie na wyspę. Uderzyłam tyłkiem o blat, a dupek wcisnął język do moich ust, ręce zanurzył we włosach i zdjął gumkę, by je rozpuścić. Zmienił pozycję, pod innym kątem domagając się wargami druzgoczącego pocałunku, i mocniej pociągnął mnie za włosy.
Ścisnęłam materiał T-shirtu, przyciągając Leksa, przez co niemal wpadłam do zlewu.
Wtem, gdy ogarnęła mnie obawa, że całkowicie zatracę się w pocałunku, który miał zapewne pozostać najlepszym w moim życiu, przygryzłam wargę chłopaka.
Nie odniosłam tym jednak zamierzonego skutku, o nie. Myślałam, że dobrze postąpiłam. Że wkurzę Leksa, że puści mnie i da mi święty spokój.
Nic takiego się nie stało.
W ogóle.
Odsunął się, sycząc. W jego oczach tlił się ogień. Przez ułamek sekundy, który zdawał się wiecznością, tkwił przy mnie, a ja czekałam. Oboje byliśmy na emocjonalnym skraju. Lex zwilżył wargi językiem, po czym uderzył niczym wąż. Złączył wargi z moimi w dzikim pocałunku, siniacząc mi usta i pozostawiając swój ślad na mojej duszy.
Poczułam jego erekcję i uświadomiłam sobie, że muszę go kopnąć lub się wyrwać, ponieważ istniało niebezpieczeństwo, że Lex stanie się dla mnie kimś więcej niż znienawidzonym wrogiem.
Popchnęłam go tak mocno, jak tylko mogłam.
Zatoczył się w tył, pierś mocno poruszała mu się w rytm oddechu.
– Dlaczego, do cholery, mnie odepchnęłaś?
– Powiedziałeś, że cię nie podniecam! – odparłam, wskazując na jego krocze.
Uśmiechnął się znacząco.
– Zanim mnie ugryzłaś. Wszystko się może zdarzyć, gdy do gry wchodzą zęby, słoneczko.
– Przestań tak mnie nazywać. – Zeskoczyłam z wyspy i pospieszyłam po torebkę. – To skończyliśmy? Zdałam?
Lex stanął przede mną, dotarło do mnie ciepło buchające z jego ciała, gdy się pochylił i szepnął:
– Miałaś rację. Wiesz, jak całować.
Zrobiłam wielkie oczy, odwracając się, by spojrzeć mu w twarz.
– To komplement?
– Nie – cofnął się – prawda. Prawda nie jest komplementem. – Przechylił głowę, bacznie mi się przyglądając. – Nic nie wiesz o facetach, prawda?
Zamykając oczy, ucisnęłam nasadę nosa.
– Tak często dostaję przez ciebie bólu głowy, że powinnam kupić zapas aspiryny.
Wzruszył ramionami, jego mina wyrażała zupełny brak zainteresowania.
– Wychodzę. Możemy trenować jeszcze jutro, nawet cały dzień, jeśli chcesz. Mam rano jedne zajęcia laboratoryjne, ale muszę przed nimi odrobić zadania, bo w przeciwnym razie będę się stresować – powiedziałam.
– Świetnie. – Lex wziął telefon i uśmiechnął się do niego.
– Zatem widzimy się jutro? – zapytałam.
Nie odpowiedział, był zajęty komórką.
– Lex. Puszczalska poczeka. Pasuje ci jutro?
– Tak. – Westchnął. – Wyślę ci e-mail z listą klientów. Musisz nauczyć się jej na pamięć. Jutro zrobimy badania krwi i dostaniesz pigułki antykoncepcyjne…
– CO?! – ryknęłam.
– Ha. – Rzucił telefon na blat. – Żartuję, Gabs. Jeny, serio myślałaś, że każę ci się puszczać?
– Tak!
– Nie martw się. Zajmiemy się sutenerstwem, tylko jeśli dostaniemy dobrą ofertę.
– Do widzenia, Lex.
– Narka, słoneczko.



[1] Seattle Mariners – drużyna baseballowa grająca w zachodniej dywizji American League (przyp. red.).
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
ROZDZIAŁ TRZECI
LEX

Nie odczytywałem żadnej wiadomości.
Wpatrywałem się tylko w zablokowany ekran i zmyślony SMS. Udawałem, że komuś odpisuję, aby przegonić Gabs.
Plan mający na celu wprawienie dziewczyny w zakłopotanie, by się wycofała i zwiała z krzykiem, obrócił się przeciw mnie i poszedł z przepełnionym pożądaniem dymem.
Spodziewałem się, że kiedy pocałuję Gabs, zmyje się, spanikuje, zacznie krzyczeć. Kurde, nawet przeszło mi przez myśl, że może będą musieli przyjść mi na ratunek policjanci. Myliłem się – odwzajemniła pocałunek.
Niech to szlag.
Czy znów będą musiały minąć cztery lata, żebym zapomniał o dotyku jej ust?
Kiedy trzasnęły drzwi, westchnąłem z ulgą. Pocałunek wytrącił mnie z równowagi, sprawił, że moje czarne serce opłakiwało utratę zmysłowych ust dziewczyny. Nie liczyłem jednak na więcej. Wierzcie mi, nie miałem za grosz nadziei, że to Gabs okaże się tą, którą zainteresuję się na tyle długo, by wypowiedzieć słowo „związek”, gdy przechadzalibyśmy się po parku, niosąc cholerny koszyk piknikowy.
Po prostu nie byłem przyzwyczajony do dziewczyn, które tak całowały.
Z taką namiętnością.
Nigdy nie inicjowałem pocałunku. Zawsze to mnie całowano, więc doświadczyłem wielu, żaden jednak nie wywołał u mnie takiego oślepiającego pożądania, ograniczającego logiczne myślenie w moim nad wyraz skomplikowanym mózgu.
Nie zrozumcie mnie źle. Ciągle myślałem o seksie, chociaż mój umysł zaprzątały również wzory, kody, pomysły oraz lista rzeczy do prania.
Kurna, nie wstyd mi przyznać, że dziewczyna, z którą ostatnio spałem, prawie pomogła mi rozwiązać problem głodu na świecie. W pewnym momencie tak bardzo mi się nudziło, że chyba zasnąłem.
Nawet wtedy nie wykopała mnie z wyrka.
Ponieważ była równie egoistyczna jak ja. W grupie kobiet zawsze można było znaleźć kilka, które wykorzystywały mnie w takim samym stopniu lub nawet znaczniejszym, niż ja je.
Seks był dla mnie czymś w rodzaju wzoru, który znakomicie potrafiłem zastosować. Orgazm zaś uważałem za równanie, które opanowałem do perfekcji, a kiedy przystojniak wie, gdzie polizać, kiedy przerwać, jak ssać… Cóż, wieść szybko się niesie.
Aż człowiek się zastanawia, co inni faceci robią w łóżku, skoro na świecie jest tak wiele niezaspokojonych kobiet.
– Hej. – Wszedł Ian i trzasnął drzwiami. – Była Gabi?
O, jak najbardziej. Przechyliłem głowę, bacznie obserwując stolik. Tak, zapewne utrzymałby ciężar dwóch osób. Gabi zadźgałaby mnie ołówkiem, gdyby znała moje myśli.
Ale mnie ugryzła.
To było seksowne.
Mimo że warga szczypała, jakby przypalał ją ogień piekielny.
– Tak, była, całowaliśmy się. – Sięgnąłem po butelkę wody i przyłożyłem ją do ust, gdy dostrzegłem, że Ian przetworzył moje słowa.
– Że co? – Przytrzymał się krawędzi blatu. – Całowaliście się?
– W ramach treningu. – Drobne kłamstwo, białe kłamstwo, wszystko jedno. Wyciągnąłem rękę po teczkę leżącą na stoliku i podsunąłem przyjacielowi kartkę z wierzchu, na której wypisałem nazwiska osób od niedawna zainteresowanych usługami Skrzydłowych. – Nie mam czasu, by zajmować się tymi bzdurami i wiem, że ze względu na Blake nie chcesz pracować za wiele z klientkami. – Przerwałem na chwilę. Zdjąłem okulary. – Ian, biznes za szybko się rozrasta, a program sam się nie napisze. – Szczerze powiedziawszy, strasznym utrapieniem było ustatkowanie się Iana. Wcześniej żonglował w jednym tygodniu trzema klientkami, które potrzebowały swojego „żyli długo i szczęśliwie”. Było to absurdalne, biorąc pod uwagę, jak wysoką osiągał skuteczność. Podczas gdy ja tylko odwalałem swoje i przechodziłem do kolejnego zadania, on niemal zawsze musiał oświecić dziewczyny, że ich relacja miała charakter ściśle profesjonalny. W niektórych przypadkach kończyło się to płaczem.
Żadna z moich klientek nie pałała do mnie tego rodzaju uczuciami.
Zapewne dlatego, że nie byłem tak empatyczny jak Ian. Kiedy drukowałem informacje o dziewczynie i zaczynałem z nią pracować, wiedziała, że chodzi tylko o interesy. Wykonywałem zadanie, po czym się żegnałem.
Przyjaciel zerknął na kartkę i gwizdnął.
– Widzę, że źle oszacowaliśmy liczbę facetów zainteresowanych związkiem – przyznał. – Chętnych jest o wiele więcej…
– W pierwszej chwili nieźle się zdziwiłem – wtrąciłem. – Kto chciałby zaangażować się w związek z jedną osobą? W naszym wieku?
Ian spiorunował mnie wzrokiem.
– Ty się nie liczysz, bo bzyknąłeś się z połową kampusu, zanim jeszcze zacząłeś drugi rok studiów. Większość chłopaków z listy nigdy nawet nie miała dziewczyny na poważnie, że już nie wspomnę o więcej niż dwóch partnerkach w łóżku – powiedziałem.
Im więcej o tym myślałem, tym bardziej się irytowałem. Zakładaliśmy spółkę z myślą, że osiągniemy umiarkowany sukces. Nawet nie wyobrażaliśmy sobie, że rozpoczynamy pierwszorzędną usługę randkową w Seattle. Chociaż pomoc skrzydłowych oferowaliśmy jedynie znajomym z UW, to nasza aplikacja przypominała nieco Tindera, z tym że była bezpieczniejsza i bardziej zajefajna. Miała też system ocen oraz ostrzeżeń. Była dostępna dla każdego, kto chciał za nią zapłacić. Zasadniczo grzebaliśmy w przeszłości każdego użytkownika i wymagaliśmy, by podawał prawdziwe nazwisko, datę urodzenia oraz, tak, numer ubezpieczenia społecznego. Nie ma za co, świecie! Nasza apka stanowiła przeciwieństwo prywatności. Nie tylko wysyłała powiadomienie, gdy znajdowałeś się w tym samym miejscu, w którym przebywały osoby z twojej listy ulubionych, ale też od razu wyświetlała dane dotyczące tych osób, takie jak: praca, wiek, zainteresowania i informacja o tym, jak dany użytkownik spędził miniony weekend. Wydawało się, że w świecie pełnym ludzi pragnących prywatności trafiała ona na koniec listy, gdy chodziło o randkowanie.
Kobiety kochały naszą aplikację, bo umożliwiała im poznanie osoby ze zdjęcia. Niedługo później dowiedzieliśmy się, że większość facetów korzystających z niej chciała się ustatkować i podobało im się, iż szybko mogli sprawdzić, czy interesująca ich dziewczyna wybierała się nazajutrz na mszę.
– Dzięki – Ian przewrócił oczami – za jakże wspaniały komplement. – Odsunął krzesło, po czym usiadł. – Naprawdę uważasz, że Gabs poradzi sobie z facetami? Nie miała wielu chłopaków.
– Właśnie – odetchnąłem z ulgą – dostrzegłeś mój punkt widzenia. Zadzwonię powiedzieć jej, że nie jest nam potrzebna.
– Hola, hola, hola. – Kumpel wstał. – Potrzebuje tej pracy. Tylko dzięki niej zarobi na czesne. Porządnie się przyłóż, by przygotować ją do tej roboty. – Rzucił nasz podręcznik na stolik i wskazał go palcem.
Co, do cholery?!
– Mam tylko tydzień – wymamrotałem przez zęby. – Dziś się całowaliśmy. Wiesz, ile czasu potrzeba, by zrobić z kogoś guru od związków? Weź też pod uwagę, że mnie nienawidzi i, no, ten… któreś z nas umrze w tym tygodniu. Stawiam, że doleje mi trucizny do kawy. – Raczej nie przekonałem przyjaciela, że zatrudnienie Gabs było złym pomysłem. – Możliwe, że umrę. – Za daleko się posunąłem?
– Nie dramatyzuj. – Ian mnie zbył. – Poza tym nienawiść jest obustronna. Przynajmniej się w tobie żałośnie nie zadurzyła… prawda? – Skupił na mnie wzrok.
– Prawda – powtórzyłem, znów odczuwając wyrzuty sumienia z powodu zajścia, które miało miejsce na pierwszym roku studiów. Wstałem i się przeciągnąłem. Czas na zmianę tematu. Nie chciałem, by patrzył mi na ręce, zwłaszcza że nic nie zrobiłem. – Przyjdzie Blake?
– Po treningu. Będziemy oglądać Grę o Tron. Piszesz się?
– Nie. – Pocałunek wprawił mnie w dziwny nastrój, co oznaczało, że musiałem spędzić trochę czasu z komputerem. Pozostało mi tylko doprowadzić Gabi do takiego szału, że sama postanowi zrezygnować z pracy, aby uchronić się przed atakiem histerii. – Idę popracować.
Zszokowany wyraz twarzy przyjaciela nie pomógł.
– Przez pracę rozumiesz zastąpienie okularów peleryną i wyście na miasto, żeby powiedzieć jakiejś biedaczce, że ocalisz świat, tylko jeśli się z tobą prześpi?
– Miało to miejsce tylko raz. – Przewróciłem oczami. – W Halloween.
– Wciąż się liczy. Uwierzyła ci.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
– Wiadomo, że mi uwierzyła. Kostium był odpowiedni.
– To ty miałeś na sobie lycrę. Dobra robota. – Pokręcił głową, odchodząc. – Spróbuj powstrzymać paluchy przed włamaniem się do rządowych baz danych. Nie uśmiecha mi się kolejna wizyta FBI.
– To zdarzyło się tylko raz! – krzyknąłem za nim.
– Dziwne. Brzmi jak twoje MO[1]! – odparł równie głośno, pokazując mi środkowy palec, po czym zniknął w salonie.
Nie poświęcając mu uwagi, wbiegłem na górę po dwa schody naraz i otworzyłem drzwi do pokoju, który Ian żartobliwie nazywał moją Fortecą Samotności.
Jedynym światłem w ciemnym pomieszczeniu była poświata bijąca z trzech ekranów. Strzeliłem kostkami, trochę się rozciągnąłem. Usiadłem w skórzanym fotelu, a w myślach przewijały mi się wizje, w których przejmowałem kontrolę nad światem.
Nieprawda.
Dobra, przynajmniej nie zawsze, ale moc, jaką hakerzy dzierżyli w palcach, uzależniała.
Trzymałem się z dala od nielegalnych rzeczy. Przegiąłem tylko raz – gdy przypadkiem natknąłem się na coś, co wkurzyło pewną agencję rządową na tyle, że wystosowała ostrzeżenie, a następnie zaproponowała mi pracę.
Odmówiłem.
Byłem wtedy na pierwszym roku studiów, więc nie chciałem pracować dla garniaków.
– Cóż dziś uczynimy? – zapytałem, brzdękając palcami o blat biurka. Z jakiegoś powodu z moich myśli nie znikał obraz Gabs. Najpierw widziałem ją, gdy przygryzała wargę. Następnie słyszałem jęk, który wydała, gdy ją obejmowałem, kiedy całowaliśmy się w kuchni. Przez to wszystko mój mózg stworzył nadzwyczaj obrazową wizję, w której zdejmowała T-shirt i przyzywała mnie, zaginając palec. Niech to szlag.
Nie tego potrzebowałem.
Spojrzałem na zegarek – była dopiero dziesiąta. I tym oto sposobem znów skupiłem się na podręczniku. Ian chciał, bym udzielił Gabi praktycznych lekcji? Aby udowodnić, że dziewczyna nadaje się do tej pracy? Będę musiał odrobinę zmienić plan treningu. Dlaczego miałbym ułatwić jej zadanie, dając przewodnik, którego nauczyliśmy się z Ianem na pamięć na pierwszym roku? Uśmiechnąłem się, mimo że miałem drobne wyrzuty sumienia z powodu kantowania Gabs, zanim jeszcze zaczęła pracę.
Wisi mi to. To jej wina.
Gdyby odrobiła zadania, mógłbym nauczyć ją dziś wszystkiego. Ale czmychnęła jak myszka, a ja miałem się stresować szukaniem wolnej chwili, by szkolić ją przez resztę tygodnia. Podczas każdej spędzonej z nią sekundy dziewczyna osuszała mnie z supermocy, a przynajmniej takie odnosiłem wrażenie. Istniała ilość dobra, które mógł znieść złoczyńca, nim zapragnąłby ostro zaatakować kogoś Freeze Gunem. W małych dawkach. Mogłem znieść ją tylko w małych dawkach.
– Hmm… – Szybko otworzyłem uczelniany ethernet i stukając w klawiaturę, wpisałem login Gabi, następnie złamałem jej hasło. Szukałem planu zajęć.
Odnalazłem go już po chwili. Marszcząc brwi, zapoznałem się z liczbą zajęć, na które się zapisała – wzięła na siebie niemal tak dużo pracy jak ja. Teoretycznie nie powinna kończyć studiów razem z nami, ale prócz standardowych zajęć, uczęszczała też na letnie kursy oraz zrobiła praktykę wymaganą na kierunku przygotowującym do studiów medycznych, dlatego, jeśli zaliczy wszystkie przedmioty, zdobędzie dyplom już za kilka miesięcy.
Z ciekawości zhakowałem jej konto studenckie, a następnie otworzyłem zakładkę z ocenami z tego semestru.
Z biologii miała cztery minus. Cholera, balansowała na krawędzi zaliczenia. Taka ocena to niemal dwója. Z przedmiotu kierunkowego.
Następna była chemia organiczna.
Trzy plus.
Naprawdę będzie musiała ostro zakuwać, jeśli miała nadzieję poprawić stopnie.
Chemię organiczną ogarniałem nawet we śnie. Rozważałem pewien pomysł… Gdybym pomógł Gabi, pomógłbym zarazem sobie, bo dziewczyna miałaby czas na szkolenie.
Ułatwiało to mój szatański plan: miałem pomóc jej poprawić oceny, zdobyć zaufanie, po czym sprawić, by zrezygnowała z pracy. Były bowiem tylko dwie możliwości: zrezygnuje albo zabije mnie we śnie.
Wolałbym to pierwsze. Łatwo mi było jej unikać, ponieważ nie musieliśmy się codziennie widywać. Nie pragnąłem być stroną pokrzywdzoną w nieszczęśliwym wypadku, który polegałby na tym, że Ian odciąłby mi jedno jajo za patrzenie na Gabs w sposób, który w ogóle mu się nie podobał.
Już tak na nią patrzyłem.
Ponieważ to Gabi.
Niech mnie piekło pochłonie.
Wbiłem wzrok w migający kursor.
Teoretycznie kierowałem się czystym egoizmem.
Poradzę sobie z tym.
Porwałem kluczyki oraz telefon, kazałem głupiemu ciału przestać radośnie mruczeć, bo nie czekała nas zabawa.
Planowałem raczej pracę charytatywną na rzecz osoby, której los nie obdarował hojnie inteligencją.


[1] Modus operandi (łac. sposób działania) – charakterystyczny sposób zachowania się np. sprawcy czynu zabronionego, który kształtują indywidualne cechy sprawcy (przyp. tłum.).
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------



niedziela, 15 września 2019

Może troszkę magii? pierwsze rozdziały Magi Cierni ...

Kochani już niedługo będzie premiera książki Magia Cierni , jeśli lubicie książki z gatunku fantasy , gdzie magia jest na porządku  dziennym, gdzie wszystko może się zdarzyć to te rozdziały są dla was ,ale zapewne dalej jest jeszcze ciekawiej !!!

Wszyscy czarodzieje są źli. Elisabeth wie o tym od dawna. Wychowana przez obcych ludzi w jednej z Wielkich Bibliotek Austermeer, dorastała w otoczeniu grymuarów istot szepczących na półkach i drżących w żelaznych okowach, gotowych przemienić się w potwory z tuszu i skóry, jeśli tylko ktoś je sprowokuje. Dziewczyna ma nadzieję, że kiedyś dołączy do strażników strzegących królestwa przed ich mocą.

Tymczasem w wyniku sabotażu w bibliotece najbardziej niebezpieczny grymuar wydostaje się na wolność. Elisabeth, chcąc ratować sytuację, wpada w kłopoty. Gdy zostaje zamieszana w zbrodnię, musi opuścić bibliotekę i udać się do stolicy, aby tam stanąć przed wymiarem sprawiedliwości. Nie może liczyć na niczyją pomoc. Jedynym wyjściem jest zwrócenie się do jej największego wroga
czarodzieja Nathaniela Thornema.

Wkrótce Elisabeth zda sobie sprawę, że stała się częścią konfliktu trwającego od wieków, a zagłada grozi nie tylko Wielkim Bibliotekom, lecz także całemu światu. Stopniowo zaczyna podawać w wątpliwość wszystko, czego ją uczono o czarodziejach, o ukochanych bibliotekach, a nawet o samej sobie. Ma bowiem moc, o której nie miała pojęcia. 

„Jeśli pokochaliście bibliotekę Hogwartu albo Wielką Bibliotekę Clayrów, w Summershall poczujecie się jak w domu. Wartka akcja, wspaniały klimat i nuta cierpkiego humoru od razu wciągnęły mnie w tę powieść”.
Katherine Arden, autorka Niedźwiedzia i słowika

„Ta pełna przewrotnej magii powieść jest wspaniałym przykładem lekkiej, uzależniającej prozy Margaret Rogerson. Następczyni Diany Wynne Jones nie ma sobie równych w kreśleniu historii pełnych mrocznej fantazji i zachwycających czarów. Ta książka to czysta rozkosz”.
Jessica Cluess, autorka trylogii „Kingdom on Fire”

„Niczym grymuary z kart tej powieści, Magia cierni żyje i oddycha. Klasyczne fantasy w najlepszym wydaniu”.
Julie C. Dao, autorka Forest of a Thousand Lanterns

„Porywająca przygoda, w której odnajdziecie fascynujące postaci, rozwijający się powoli romans oraz świat, w którym warto zgubić się na dobre”.
Kirkus Reviews, wyróżniona recenzja
O autorce
Margaret Rogerson napisała dotąd dwie powieści: An Enchantment of Ravens, bestseller „New York Timesa”, oraz Magię cierni. Ukończyła antropologię kulturową na Uniwersytecie Miami. Kiedy nie czyta ani nie pisze, lubi szkicować, grać w gry, gotować budyń i oglądać więcej filmów dokumentalnych, niż jest to społecznie akceptowalne (zdaniem niektórych). Mieszka niedaleko Cincinnati w stanie Ohio, a jej dom sąsiaduje z ogrodem pełnym kolibrów i róż.
 ---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
1
ZAPADAŁA NOC, KIEDY śmierć wjechała do Wielkiej Biblioteki w Summershall. Przybyła powozem. Elisabeth stała na dziedzińcu i patrzyła, jak konie z obłędem w oczach wpadają przez bramę, tocząc pianę z pysków. Wysoko w oknach wieży ostatnie promienie zachodzącego słońca zapłonęły, jakby pomieszczenia za nimi stanęły w ogniu, zaraz jednak umknęły w górę. W gasnącym blasku kładły się długie cienie aniołów i gargulców strzegących poznaczonych smugami deszczu parapetów biblioteki.
Turkocząc kołami, powóz zatrzymał się, a na jego boku zalśnił pozłacany emblemat: skrzyżowane pióro i klucz – symbol Kolegium. Żelazne kraty zmieniały tylną część pojazdu w więzienną celę. Choć noc była chłodna, dłonie Elisabeth były śliskie od potu.
– Scrivener – odezwała się stojąca obok niej kobieta. – Masz sól? Rękawice?
Elisabeth poklepała skórzane pasy krzyżujące się na jej piersi, macając umieszczone na nich kieszonki, oraz pojemnik z solą zwisający u jej biodra.
– Tak, pani dyrektor. – Brakowało jej tylko miecza, na ten jednak sobie nie zasłuży, dopóki nie ukończy wieloletniego szkolenia w Kolegium i nie zostanie strażniczką. Niewielu bibliotekarzy osiągało ten cel; z reguły albo rezygnowali, albo ginęli.
– Dobrze. – Dyrektorka zamilkła. Była zdystansowaną, szykowną kobietą o bladej jak śnieg twarzy i ogniście czerwonych włosach. Od jej lewej skroni aż do szczęki ciągnęła się blizna, tworząc zgrubienie na policzku i odginając w bok kącik ust. Tak jak Elisabeth, miała na piersi skórzane pasy, pod nimi jednak nosiła mundur strażnika, a nie szaty nowicjusza. Światło lamp połyskiwało w mosiężnych guzikach jej ciemnoniebieskiego płaszcza i lśniło w wypastowanych butach. Miecz wiszący przy jej biodrze był długi i wąski, z jelcem wysadzanym granatami.
Miecz ten cieszył się w Summershall sławą. Zabójca Demonów, bo tak brzmiała jego nazwa, posłużył dyrektorce do walki z malefiktem, kiedy miała zaledwie dziewiętnaście lat. Pamiątką tamtego właśnie starcia była blizna, która, jeśli wierzyć plotkom, sprawiała jej potworny ból, ilekroć kobieta się odezwała. Elisabeth powątpiewała w prawdziwość tych pogłosek, ale faktem było, że dyrektorka ostrożnie dobierała słowa, a już na pewno nigdy się nie uśmiechała.
– Pamiętaj – odezwała się wreszcie znowu – jeśli po dotarciu do krypty usłyszysz w myślach głos, nie słuchaj go. To grymuar ósmej klasy, stworzony wieki temu, i nie należy go lekceważyć. Od początków swojego istnienia doprowadził do szaleństwa dziesiątki ludzi. Jesteś gotowa?
Elisabeth przełknęła ślinę, nie będąc w stanie wydusić odpowiedzi przez ściśnięte gardło. Nie mogła uwierzyć, że dyrektorka w ogóle z nią rozmawia, a co dopiero że wezwała ją tutaj, aby pomogła dostarczyć grymuar do krypty. Na ogół taka odpowiedzialność wykraczała daleko poza rangę nowicjuszki. Nadzieja szamotała się w niej, jak ptak uwięziony we wnętrzu domu, fruwający w górę i w dół do utraty sił, wabiony obietnicą otwartego nieba w oddali; za nadzieją zaś niczym cień podążało przerażenie.
„Daje mi szansę dowieść, że warto mnie szkolić na strażnika – pomyślała. – Jeśli zawiodę, zginę. Wtedy przynajmniej będzie ze mnie jakiś pożytek. Będą mnie mogli zakopać w ogródku jako nawóz dla rzodkiewek”.
Ocierając spocone dłonie o szatę, skinęła głową.
Dyrektorka ruszyła przez dziedziniec, a Elisabeth podążyła za nią. Żwir chrzęścił im pod stopami. W miarę jak zbliżały się do powozu, powietrze stawało się coraz gęstsze od ohydnego smrodu, przywodzącego na myśl namokłą skórę gnijącą na morskim brzegu. Elisabeth dorastała w Wielkiej Bibliotece, w otoczeniu magicznych ksiąg pachnących pergaminem i atramentem, ale ten odór nie przypominał nic z tego, do czego przywykła; sprawiał, że piekły ją oczy, a ramiona pokrywała gęsia skórka. Nawet konie były niespokojne. Nerwowo przebierały kopytami w zaprzęgu, rozrzucając żwir, i ignorowały próbującego je uspokoić woźnicę. W pewnym sensie im zazdrościła – one przynajmniej nie wiedziały, co takiego wiozły za sobą przez całą drogę ze stolicy.
Dwoje strażników zeskoczyło z kozła z dłońmi na rękojeściach mieczy. Elisabeth o mało się nie cofnęła, kiedy spojrzeli na nią spode łba, lecz zamiast tego wyprostowała plecy i uniosła podbródek, próbując jak oni zachować kamienną twarz. Nawet jeśli nigdy nie zasłuży na miecz, może przynajmniej wyglądać na dość odważną, aby nim władać.
Dyrektorka zagrzechotała pękiem kluczy, a tylne drzwi powozu otwarły się z jękiem. Mrok sprawił, że w pierwszej chwili obity żelazem przedział transportowy zdawał się pusty, zaraz jednak Elisabeth wypatrzyła leżący na podłodze przedmiot: płaską, kwadratową szkatułę z żelaza, zabezpieczoną ponad tuzinem zamków. Laik mógłby uznać takie środki ostrożności za absurdalne – ale nie na długo. W wieczornej ciszy z głębi skrzyni rozbrzmiał pojedynczy, donośny łomot, tak potężny, że powóz się zatrząsł, a jego drzwi zadrżały, grzechocząc zawiasami. Jeden z koni zarżał z przestrachem.
– Szybko – powiedziała dyrektorka. Chwyciła jeden z uchwytów szkatuły, a Elisabeth złapała za drugi. Razem uniosły ciężar i ruszyły w stronę drzwi, na których szczycie wyryto inskrypcję – wygięty w łuk zwój przytrzymywany z obydwu stron przez płaczące anioły. Niewyraźny napis, niemal niewidoczny w cieniu, głosił „officium adusque mortem”. Dewiza strażników. Służba aż do śmierci.
Weszły w długi korytarz o kamiennych ścianach, na których kładł się drżący blask pochodni. Masywna szkatuła coraz bardziej ciążyła Elisabeth w ręku. Nie poruszyła się więcej, ale dziewczyna nie czuła się tym uspokojona, bo przeczuwała, co to znaczy: zamknięta w środku księga nasłuchiwała. Czekała.
Przy wejściu do krypty stał na warcie kolejny strażnik. Kiedy zobaczył Elisabeth u boku dyrektorki, w jego małych oczkach zalśniła nienawiść. Był to strażnik Finch, podstarzały mężczyzna o krótkich, siwych włosach i obrzmiałej twarzy, w której jego rysy zdawały się rozpływać, zanurzone jak rodzynki w puddingu chlebowym. Pośród nowicjuszy znany był z tego, że jego prawe ramię było większe i bardziej umięśnione niż lewe, tak często je ćwiczył, wymierzając im chłostę.
Elisabeth zacisnęła dłoń na uchwycie szkatuły, aż pobielały jej kłykcie, instynktownie szykując się na cios, ale w obecności dyrektorki Finch nic jej nie mógł zrobić. Mamrocząc pod nosem, pociągnął za łańcuch. Cal za calem brona się uniosła, aż jej ostre, czarne zęby znalazły się powyżej ich głów. Elisabeth zrobiła krok naprzód.
A wtedy szkatuła szarpnęła.
– Uważaj – rzuciła ostro dyrektorka, gdy obie zatoczyły się na kamienną ścianę, z trudem utrzymując równowagę. Elisabeth poczuła, że przewraca jej się w żołądku. Jej but wisiał nad krawędzią spiralnych schodów, których kręte stopnie, wijąc się, opadały w mrok.
Uświadomiła sobie straszną prawdę. Grymuar chciał, żeby spadły. Wyobraziła sobie, jak szkatuła toczy się w dół po schodach, uderza w kamienne płyty, otwiera się z trzaskiem łamanych zamków – i to byłaby jej wina…
Dyrektorka zacisnęła dłoń na jej ramieniu.
– Wszystko w porządku, Scrivener. Nic się nie stało. Przytrzymaj się poręczy i idź dalej.
Elisabeth z wysiłkiem odwróciła się od wykrzywionej w potępiającym grymasie twarzy Fincha. Ruszyły w dół. Spod ziemi wionęło chłodem, a powietrze pachniało zimnymi kamieniami, pleśnią i czymś jeszcze, czymś mniej naturalnym. Nawet kamień ociekał tu złem starożytnych reliktów, od wieków marniejących w mroku – świadomości, które nigdy nie śpią, umysłów, którym nie jest dane śnić. Powłoka z wielu ton ziemi tłumiła wszelkie dźwięki i panowała tu taka cisza, że w uszach Elisabeth dudnił tylko jej własny puls.
Całe dzieciństwo spędziła, eksplorując wszelkie zakamarki Wielkiej Biblioteki i wścibiając nos w niezliczone tajemnice, nigdy jednak nie była w krypcie. Miejsce to przez całe jej życie czaiło się pod gmachem biblioteki jak coś okropnego skrytego pod łóżkiem.
„To moja szansa” – upomniała się w myślach. Nie mogła sobie pozwolić na strach.
Zeszły do pomieszczenia przypominającego podziemia katedry. Ściany, sufit i podłoga wykute były z tego samego szarego kamienia, a pokryte żłobionymi rowkami kolumny oraz łukowe sklepienie wyrzeźbione zostały kunsztownie i z pietyzmem. W ciągnących się wzdłuż ścian wnękach stały posągi aniołów, u których stóp migotały świece. Ich pełne smutku, spowite cieniem oczy obserwowały żelazne półki ustawione rzędami we wnętrzu krypty. W przeciwieństwie do regałów na wyższych poziomach biblioteki, te były na stałe przytwierdzone do podłogi. Łańcuchy utrzymywały w miejscu zamknięte szkatuły, wsunięte między półki niczym szuflady.
Elisabeth powtarzała sobie w duchu, że dobiegające ją z mijanych szkatuł szepty, to tylko wytwór jej wyobraźni. Łańcuchy pokrywała gruba warstwa kurzu. Większości szkatuł nie ruszano od dziesięcioleci, a zamieszkujące je księgi pogrążone były w głębokim śnie. Mimo to wciąż czuła na karku mrowienie, jakby ktoś ją obserwował.
Dyrektorka poprowadziła ją do znajdującej się za półkami celi, pośrodku której stał przytwierdzony do podłogi stół. Pojedyncza lampa olejna oświetlała jego poplamiony atramentem blat żółtawym blaskiem. Szkatuła niepokojąco posłusznie dała się ułożyć obok czterech ogromnych szram przecinających drewnianą powierzchnię, jak ślady jakichś wielkich pazurów. Elisabeth co chwila rzucała spojrzenia w ich kierunku. Wiedziała, skąd się wzięły. Wiedziała, co się dzieje, kiedy grymuar wyrwie się spod kontroli.
Malefikt.
– Jakie zabezpieczenie stosujemy najpierw? – zapytała dyrektorka, wyrywając Elisabeth z zamyślenia. Rozpoczął się egzamin.
– Sól – odpowiedziała, sięgając po zwisający jej u biodra pojemnik. – Podobnie jak żelazo, sól osłabia demoniczne moce. – Dłoń zadrżała jej lekko, gdy wysypywała kryształki, formując koślawy okrąg. Zarumieniła się ze wstydu, widząc jego nierówne krawędzie. Co, jeśli się okaże, że wciąż nie jest gotowa?
Ledwie dostrzegalne ciepło złagodziło surowe oblicze dyrektorki.
– Wiesz, dlaczego postanowiłam cię zatrzymać, Elisabeth?
Dziewczyna zamarła bez tchu. Dyrektorka nigdy nie zwracała się do niej po imieniu. Zawsze używała jej nazwiska, Scrivener, a czasem nazywała ją po prostu „nowicjuszką”, zależnie od tego, jak bardzo Elisabeth miała akurat przechlapane – a przechlapane miewała bardzo często.
– Nie, pani dyrektor – odparła.
– Hmm. Pamiętam, że szalała burza. Grymuary były tamtej nocy niespokojne. Tak hałasowały, że ledwie usłyszałam pukanie do drzwi. – Elisabeth z łatwością wyobraziła sobie tę scenę: deszcz bijący o okna, woluminy zawodzące, łkające i dygoczące w okowach. – Kiedy znalazłam cię na progu i wniosłam do środka, byłam pewna, że zaczniesz płakać. Zamiast tego rozejrzałaś się, po czym wybuchnęłaś śmiechem. Nie bałaś się. W tamtej chwili zrozumiałam, że nie mogę odesłać cię do sierocińca. Twoje miejsce było w bibliotece, należałaś do niej w równym stopniu, co książki.
Elisabeth słyszała już tę opowieść, ale tylko od swojego nauczyciela, nigdy z ust samej dyrektorki. Dwa słowa odbiły się echem w jej głowie, donośne jak uderzenia serca: „twoje miejsce”. Szesnaście lat czekała, żeby usłyszeć te słowa, i rozpaczliwie pragnęła, aby były prawdą.
Wstrzymując oddech, w milczeniu patrzyła, jak dyrektorka sięga po swoje klucze i wybiera największy spośród nich, tak stary, że rdza przeżarła go prawie w całości. Jasne było, że dla niej czas na sentymenty minął. Elisabeth musiała się zadowolić powtarzaniem w myślach niewypowiedzianej przysięgi, którą złożyła sobie niemal tak dawno, jak tylko sięgała pamięcią. Któregoś dnia ona też zostanie strażniczką. Sprawi, że dyrektorka będzie z niej dumna.
Sól posypała się na stół, gdy pokrywa szkatuły uniosła się ze skrzypnięciem. Smród gnijącej skóry rozlał się po krypcie, tak potężny, że Elisabeth omal nie zwymiotowała.
Wewnątrz spoczywał grymuar; gruby tom o poszarpanych, żółknących stronicach wciśniętych pomiędzy płaty tłustej, czarnej oprawy. Wyglądałby dość zwyczajnie, gdyby nie pękate wypustki sterczące z okładki, przypominające wielkie brodawki albo bąble na powierzchni bulgoczącej smoły. Każda z nich miała rozmiary sporej kulki, a były ich tam dziesiątki, odkształcające niemal każdy skrawek skórzanej powierzchni. Dyrektorka założyła parę ciężkich, przeszywanych żelazem rękawic. Elisabeth szybko poszła za jej przykładem. Przygryzła policzek, kiedy kobieta wyjęła księgę ze szkatuły i ułożyła ją w kręgu z soli.
W chwili, gdy wolumin dotknął blatu, wypustki się rozchyliły. To nie były brodawki – to były oczy. Oczy we wszelkich możliwych kolorach obracały się, przekrwione, a ich źrenice to się rozszerzały, to znów zwężały do rozmiarów główki od szpilki. Grymuar dygotał konwulsyjnie w dłoniach dyrektorki, która, zaciskając zęby, otwarła go z trudem. Elisabeth odruchowo sięgnęła do wnętrza kręgu i przycisnęła księgę do blatu, czując przez rękawice, jak skóra szarpie się i drży. Wściekła. Żywa.
Te oczy nie zostały stworzone za pomocą magii. Były prawdziwe, wyłupione z ludzkich oczodołów dawno temu, poświęcone dla stworzenia księgi dość potężnej, aby utrzymała w sobie zaklęcia wyryte na jej kartach. Jeśli wierzyć historycznym zapisom, większość ofiar nie była dobrowolna.
– Księga oczu – powiedziała Dyrektorka z niezmąconym spokojem. – Zawiera zaklęcia, które pozwalają zaglądać w umysły innych ludzi, czytać im w myślach, a nawet kontrolować ich zachowanie. Na szczęście jedynie kilku czarownikom w całym królestwie udało się kiedykolwiek uzyskać pozwolenie na jej przeczytanie.
– A po co im to?! – wybuchnęła Elisabeth, zanim zdołała się powstrzymać. Odpowiedź była oczywista. Czarownicy z natury byli źli, zdeprawowani przez demoniczną magię, którą władali. Gdyby nie Reformy, które na mocy prawa zakazały im oprawiania ksiąg we fragmenty ludzkiego ciała, grymuary, takie jak Księga oczu, nie stanowiłyby takiej rzadkości. Bez wątpienia czarownicy nieraz usiłowali je kopiować, ale zaklęć nie dało się zapisać przy pomocy zwyczajnych materiałów. Czarnoksięska moc w jednej chwili obróciłaby inkaust i pergamin w popiół.
Ku jej zaskoczeniu, dyrektorka poważnie potraktowała jej pytanie, choć nie patrzyła już na Elisabeth. Zamiast tego skupiła się na przewracaniu stron, sprawdzając, czy nie doznały żadnych uszkodzeń w trakcie podróży.
– Może nadejść czas, kiedy takie czary, jakkolwiek odpychające, okażą się konieczne. Ciąży na nas wielka odpowiedzialność wobec królestwa, Scrivener. Gdyby ten grymuar uległ zniszczeniu, zawarte w nim zaklęcia zostałyby utracone na zawsze. To jedyna istniejąca kopia.
– Tak, pani dyrektor. – Zdawała sobie z tego sprawę. Strażnicy bronili grymuarów przed światem w równym stopniu, co świata przed nimi.
Elisabeth zebrała się w sobie, podczas gdy dyrektorka przerwała na chwilę przerzucanie kartek, pochylając się, aby lepiej obejrzeć plamę na jednej ze stron. Przewożenie grymuarów wysokiej klasy niosło ze sobą ryzyko, ponieważ każde przypadkowe uszkodzenie mogło je sprowokować do przemiany w malefikt. Przed zamknięciem w krypcie należało je poddać dokładnym oględzinom. Elisabeth była przekonana, że kilkoro oczu wyglądających spod okładki patrzyło prosto na nią – i że przebłyskiwał z nich spryt.
Coś jej mówiło, że nie powinna odwzajemniać ich spojrzenia. Chcąc zająć czymś uwagę, zerknęła w bok, na kartki. Niektóre zdania napisane były po austermeryjsku albo w Starej Mowie, inne jednak nabazgrano po enochiańsku, w czarnoksięskim języku złożonym z dziwnych, kanciastych run migoczących na pergaminie niczym rozżarzone węgle. Języka tego dało się nauczyć, tylko zadając się z demonami. Na sam widok run czuła pulsowanie w skroniach.
Nowicjuszko…
Szept prześlizgnął się po jej umyśle, obcy i nieoczekiwany jak zimny, oślizgły dotyk ryby pod powierzchnią stawu. Elisabeth wzdrygnęła się i uniosła wzrok. Jeśli dyrektorka również usłyszała ten głos, to nie dała nic po sobie poznać.
– Widzę cię, nowicjuszko…
Elisabeth zaparło dech w piersi. Zgodnie z poleceniem dyrektorki starała się ignorować głos, ale nie była w stanie skupić się na niczym innym, kiedy wpatrywało się w nią tak wiele, lśniących złowrogą inteligencją, oczu.
– Spójrz na mnie… spójrz…
Powoli, lecz nieuchronnie, jakby przyciągany jakąś niewidzialną siłą, wzrok Elisabeth zaczął wędrować w dół.
– Już – powiedziała dyrektorka. Jej głos zdawał się stłumiony i zniekształcony, jakby dochodził spod wody. – Gotowe. Scrivener?
Nie doczekawszy się odpowiedzi, zatrzasnęła grymuar i szept umilkł, jak ucięty nożem. Elisabeth ocknęła się, wybudzona z transu. Złapała z sykiem powietrze, a na twarzy rozlał jej się rumieniec upokorzenia. Wytrzeszczone oczy księgi przebiegały spojrzeniem między nią a dyrektorką.
– Dobra robota – pochwaliła dyrektorka. – Wytrwałaś znacznie dłużej, niż się spodziewałam.
– Prawie mnie miał – szepnęła Elisabeth. Jak dyrektorka mogła jej gratulować? Skórę miała wilgotną od potu; zadrżała w chłodnym powietrzu krypty.
– Tak. To właśnie chciałam ci dzisiaj pokazać. Umiesz się obchodzić z grymuarami, łączy cię z nimi więź, jakiej nie widziałam jeszcze nigdy u żadnego nowicjusza, wciąż jednak musisz się wiele nauczyć. Chcesz zostać strażniczką, prawda?
Wypowiedziana przed obliczem dyrektorki, na oczach kamiennych aniołów ustawionych wzdłuż ścian, cicha odpowiedź Elisabeth brzmiała jak wyznanie.
– To jedyne, czego kiedykolwiek pragnęłam.
– Pamiętaj tylko, że wiele ścieżek stoi przed tobą otworem. – Blizna zniekształcająca twarz dyrektorki nadawała jej ustom niemal żałosny wyraz. – Zanim dokonasz wyboru, upewnij się, że żywot strażnika jest tym, czego naprawdę chcesz.
Elisabeth skinęła głową, niepewna, czy zdoła wydobyć z siebie głos. Jeśli pomyślnie przeszła próbę, to nie rozumiała, dlaczego dyrektorka radziła jej rozważyć porzucenie tego, o czym zawsze marzyła. Być może w jakiś sposób okazała się niegotowa, nieprzygotowana. W takim razie będzie po prostu musiała postarać się bardziej. Pozostał jej rok do siedemnastych urodzin, kiedy osiągnie wiek uprawniający do szkolenia w Kolegium – może wykorzystać ten czas, aby ostatecznie dowieść swojej wartości i zyskać aprobatę dyrektorki. Miała tylko nadzieję, że to wystarczy.
Wspólnymi siłami wepchnęły grymuar z powrotem do szkatuły. Gdy tylko dotknął soli, przestał się szamotać. Oczy przetoczyły się w górę, ukazując sierpowate plamy białek, po czym opuściły powieki. Trzask zamykanej pokrywy rozdarł grobową ciszę krypty. Miną lata albo nawet dekady, zanim szkatuła znów zostanie otwarta. Zabezpieczony grymuar nie stanowił już zagrożenia.
Mimo to Elisabeth nie mogła wyrzucić z pamięci dźwięku jego głosu. Ogarnęło ją nieodparte wrażenie, że przyjdzie jej jeszcze zetknąć się z Księgą oczu – a księdze przyjdzie się zetknąć z nią.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
2
ELISABETH OPADŁA NA oparcie, podziwiając widok ze swojego biurka.
Przydzielono ją do zatwierdzania przenosin książek na drugim piętrze, skąd rozciągał się widok na cały westybul biblioteki. Promienie słońca wpadały przez rozetę umieszczoną wysoko ponad frontowymi drzwiami, rzucając plamy rubinu, szafiru i szmaragdu na brązowe balustrady okrągłych balkonów. Regały z książkami wznosiły się ku łukowemu sklepieniu sześć kondygnacji wyżej, tworząc coraz wyższe rzędy, przywodzące na myśl piętrowy tort weselny albo kolejne poziomy amfiteatru. Szepty niosły się echem po sali, czasem przerywane krótkim kaszlem lub odgłosem chrapania. Większość z tych dźwięków nie pochodziła od odzianych w niebieskie szaty bibliotekarzy przechadzających się tam i z powrotem po wyłożonej płytkami posadzce, lecz od mamroczących na półkach grymuarów.
Kiedy odetchnęła, płuca wypełniła jej słodka woń pergaminu i skóry. Pyłki kurzu unosiły się w promieniach słońca, całkowicie nieruchome, jak płatki złota zastygłe w żywicy. Tymczasem chybotliwe stosy dokumentów na biurku wyglądały, jakby miały lada chwila runąć i pogrzebać ją w lawinie zlekceważonych podań o przeniesienie.
Niechętnie oderwała uwagę od otoczenia i skupiła się na imponujących stertach. Wielka Biblioteka w Summershall była jedną z sześciu Wielkich Bibliotek królestwa, rozmieszczonych w równych odstępach na obwodzie Austermeer. Inkaustowe Trakty łączyły je z położoną pośrodku stolicą niczym szprychy koła. Bibliotekę w Summershall od najbliższych sąsiadów dzieliły pełne trzy dni drogi, a przewożenie grymuarów z jednego przybytku do drugiego bywało kłopotliwe. Niektóre woluminy darzyły się nawzajem tak głęboką awersją, że znalazłszy się w promieniu kilku mil od siebie, zaczynały wyć albo stawały w płomieniach. Gdzieś na pustkowiach Dzikich Rubieży znajdował się nawet krater wielkości domu, powstały w miejscu, gdzie dwie księgi starły się w sporze o kwestie doktryny taumaturgicznej.
Jako nowicjuszce, Elisabeth powierzono zatwierdzanie przenosin grymuarów klas od pierwszej do trzeciej. Grymuary klasyfikowano w ramach dziesięciostopniowej skali, w zależności od poziomu ryzyka, jaki sobą przedstawiały; księgi od klasy czwartej wzwyż wymagały szczególnych restrykcji. W Summershall w ogóle nie trzymano grymuarów klasy wyższej niż ósma.
Elisabeth zamknęła oczy i sięgnęła po dokument ze szczytu stosu. „Knockfeld” – spróbowała odgadnąć, mając na myśli sąsiednią bibliotekę położoną na północny wschód od Summershall.
Jednak gdy odwróciła dokument, zobaczyła, że to podanie z Biblioteki Królewskiej. Nic niezwykłego; tam właśnie szły ponad dwie trzecie ksiąg, z którymi miała do czynienia. Któregoś dnia może ona spakuje swoje rzeczy i również się tam uda. Biblioteka Królewska dzieliła tereny w sercu stolicy z Kolegium, więc kiedy nie byłaby akurat zajęta szkoleniem, mogłaby zwiedzać jej gmach. W jej wyobrażeniach korytarze biblioteki ciągnęły się całymi milami, pełne książek, przejść i ukrytych komnat mieszczących w sobie wszystkie sekrety wszechświata.
Najpierw jednak musiała uzyskać aprobatę dyrektorki. Minął tydzień od ich nocnej wyprawy do krypty, a ona wciąż nie była bliższa zrozumienia otrzymanej rady.
Nadal doskonale pamiętała moment, w którym postanowiła zostać strażniczką. Miała wtedy osiem lat i kryła się właśnie w tajnych przejściach biblioteki, żeby uniknąć jednego z wykładów mistrza Hargrove’a. Nie była w stanie znieść kolejnej godziny wiercenia się na taborecie w dusznym składziku przerobionym na salę lekcyjną, recytując deklinacje w Starej Mowie. Nie tamtego popołudnia, kiedy lato biło pięściami w ściany biblioteki, a powietrze było gęste jak miód.
Pamiętała, jak pot ściekał jej po plecach, gdy na czworakach przedzierała się przez pajęczyny wypełniające przejście. Ono przynajmniej było ciemne, osłonięte od palącego słońca. Złocista poświata wpadająca przez szpary w podłodze wystarczała, aby widzieć w miarę dobrze i unikać przemykających wkoło wszy książkowych, uciekających w popłochu z naruszonych przez nią gniazd. Niektóre, objedzone zaczarowanym pergaminem, były wielkie jak szczury.
Gdyby tylko mistrz Hargrove zgodził się zabrać ją do miasta. Leżało u stóp wzgórza, zaledwie pięć minut drogi przez sad. Na targu zawsze roiło się od ludzi sprzedających wstążki, jabłka i słodki krem, a czasem zjawiali się ze swoimi towarami podróżnicy spoza Summershall. Raz słuchała tam gry na akordeonie i oglądała tańczącego niedźwiedzia; widziała nawet, jak jakiś człowiek demonstrował lampę, której knot palił się bez oliwy. W książkach z sali lekcyjnej nie znalazła wyjaśnienia, jak działa taka lampa, założyła więc, że była magiczna, czyli zła.
Może właśnie dlatego mistrz Hargrove nie lubił zabierać jej do miasta. Gdyby natknęła się na czarownika poza bezpiecznymi murami biblioteki, tamten mógłby ją porwać. Mała dziewczynka taka jak ona bez wątpienia dobrze by się sprawdziła jako ofiara w jakimś demonicznym rytuale.
Jakieś głosy wyrwały Elisabeth z zamyślenia. Dobiegały dokładnie spod niej. Jeden należał do mistrza Hargrove’a, a drugi…
Dyrektorka.
Serce zabiło jej mocniej. Przywarła do podłogi, aby spojrzeć przez dziurę po sęku; wpadający przez nią promień światła zalśnił w jej splątanych włosach. Nie widziała zbyt wiele: zaledwie skrawek zawalonego papierami biurka w rogu nieznanego jej gabinetu. Na myśl, że być może to gabinet dyrektorki, tętno przyspieszyło jej z podekscytowania.
– To już trzeci raz w tym miesiącu – mówił właśnie Hargrove – i sam już nie wiem, co począć. Ta dziewczyna jest na wpół dzika. Znika, diabli wiedzą gdzie, pakuje się we wszelkie możliwe tarapaty – nie dalej jak w zeszłym tygodniu wpuściła do mojej sypialni całą skrzynię wszy książkowych!
Elisabeth o mało nie wykrzyknęła przecząco przez dziurę. Zbierała te wszy, żeby je badać, a nie wypuszczać na wolność. Ich strata stanowiła dla niej wielki cios.
Niemniej kolejne słowa Hargrove’a sprawiły, że zupełnie zapomniała o wszach.
– Mam poważne wątpliwości, czy to słuszna decyzja, aby wychowywać dziecko w Wielkiej Bibliotece. Z pewnością ten, kto zostawił ją na naszym progu, wiedział, że mamy w zwyczaju przyuczać znajdy do zawodu. Przyjmujemy jednak tylko chłopców i dziewczęta, którzy ukończyli trzynaście lat. Niechętnie przyznaję strażnikowi Finchowi rację w jakiejkolwiek sprawie, ale uważam, że powinniśmy wziąć pod rozwagę to, co od zawsze powtarza: że być może mała Elisabeth lepiej by się miała w sierocińcu.
Były to niepokojące słowa, lecz Elisabeth słyszała je nie po raz pierwszy. Znosiła te uwagi, wiedząc, że wola dyrektorki gwarantowała jej miejsce w bibliotece. Dlaczego, tego już nie wiedziała. Dyrektorka rzadko się do niej odzywała. Była odległa i nieprzystępna jak księżyc, i podobnie jak on tajemnicza. W oczach Elisabeth decyzja dyrektorki, aby ją przygarnąć, miała w sobie coś niemal mistycznego, baśniowego. Nie można jej było kwestionować ani unieważnić.
Wstrzymując oddech, czekała, aż dyrektorka sprzeciwi się sugestii Hargrove’a. Dziewczynka poczuła mrowienie na skórze w oczekiwaniu na dźwięk jej głosu.
Zamiast tego dyrektorka powiedziała:
– Ja również się nad tym zastanawiałam, mistrzu Hargrove. Niemal każdego dnia przez ostatnich osiem lat.
Nie – to nie mogła być prawda. Krew zastygła Elisabeth w żyłach, a dudnienie w uszach prawie zagłuszyło dalsze słowa.
– Wtedy, przed laty, nie wzięłam pod uwagę, jak może na nią wpłynąć dorastanie bez towarzystwa innych dzieci w jej wieku. Najmłodsi nowicjusze wciąż są od niej o pięć lat starsi. Czy wykazała jakiekolwiek zainteresowanie nawiązaniem z nimi przyjaźni?
– Obawiam się, że próbowała, ale z niewielkim skutkiem – odparł Hargrove. – Chociaż sama może nie zdaje sobie z tego sprawy. Niedawno usłyszałem, jak nowicjusz tłumaczy jej, że zwykłe dzieci mają matki i ojców. Biedna Elisabeth nie miała pojęcia, o co mu chodziło. Radośnie odpowiedziała, że ma dużo książek, które dotrzymują jej towarzystwa.
Dyrektorka westchnęła.
– Jej przywiązanie do grymuarów jest...
– Niepokojące? Zaiste. Obawiam się, że jeśli nie dokucza jej brak towarzystwa, to dlatego, że w miejsce ludzi postrzega książki jako swoich przyjaciół.
– Niebezpieczny sposób myślenia. Ale też biblioteki to niebezpieczne miejsca. Nic się na to nie poradzi.
– Sądzi pani, że zbyt niebezpieczne dla Elisabeth?
„Nie” – błagała Elisabeth w myślach. Wiedziała, że książki zgromadzone w Wielkiej Bibliotece nie były zwyczajne. Szeptały na półkach i dygotały w żelaznych okowach; niektóre pluły tuszem i miotały się w napadach złości, inne śpiewały do siebie wysokim, czystym głosem w bezwietrzne noce, kiedy światło gwiazd wpadało przez zakratowane okna biblioteki jak słupy rtęci. Jeszcze inne były tak niebezpieczne, że trzeba je było przechowywać w podziemnej krypcie, w szkatułach pełnych soli. Nie wszystkie były jej przyjaciółmi. Zdawała sobie z tego sprawę.
Ale odesłać ją z biblioteki to jak umieścić grymuar pośród zwykłych, nieożywionych książek, które nie poruszały się ani nie mówiły. Gdy po raz pierwszy taką zobaczyła, pomyślała, że książka umarła. Nie mogła pójść do sierocińca, czymkolwiek on był. Oczami wyobraźni widziała go jako miejsce podobne do więzienia, szare i spowite kłębami wilgotnej mgły, z zakratowaną bramą podobną do tej w wejściu do krypty. Na tę wizję przerażenie ścisnęło ją za gardło.
– Czy wiesz, dlaczego Wielkie Biblioteki przyjmują sieroty, mistrzu Hargrove? – zapytała w końcu dyrektorka. – Dlatego, że nie mają domu ani rodziny. Nikt nie będzie za nimi tęsknił, jeśli zginą. Zastanawiam się, czy może... jeśli Scrivener przetrwała tak długo, czy nie oznacza to, że tego właśnie chciała biblioteka. Być może lepiej jest nie naruszać jej więzi z tym miejscem, cokolwiek z niej wyniknie.
– Mam nadzieję, że się pani nie myli – powiedział łagodnie mistrz Hargrove.
– Ja również. – W głosie dyrektorki brzmiało znużenie. – Dla jej dobra i dla naszego.
Elisabeth czekała, wytężając słuch, ale rozważania nad jej losem zdawały się zakończone. Z dołu dobiegły ją kroki i szczęk zamykanych drzwi.
Została ułaskawiona – na razie. Jednak na jak długo? Jej świat zatrząsł się w posadach i zdawało się, że cała reszta jej życia mogła w każdej chwili lec w gruzach. Wystarczy jedna decyzja dyrektorki, a zostanie odesłana na zawsze. Nigdy dotąd nie czuła się tak niepewna, tak bezradna, tak nieważna.
Właśnie wtedy, klęcząc pośród kurzu i pajęczyn, złożyła przysięgę, chwytając się jedynej dostępnej deski ratunku. Jeśli dyrektorka nie miała pewności, czy Wielka Biblioteka to dobre miejsce dla Elisabeth, to ona będzie po prostu musiała tego dowieść. Pójdzie w jej ślady i zostanie wspaniałą, potężną strażniczką. Pokaże wszystkim, że tutaj jest jej miejsce, aż nawet strażnik Finch będzie zmuszony to zaakceptować.
Przede wszystkim...
Przede wszystkim przekona ich, że zatrzymanie jej nie było błędem.
– Elisabeth – syknął czyjś głos. – Elisabeth! Zasnęłaś?
Poderwała się z przestrachem, a wspomnienie umknęło szybko jak woda znikająca w odpływie. Rozejrzała się, aż odkryła, skąd pochodził głos. Dziewczęca twarz wyglądała spomiędzy dwóch pobliskich regałów. Warkocz ześlizgnął się za ramię, gdy jego właścicielka zerknęła, czy w pobliżu nie widać nikogo innego. Dziewczyna nosiła okulary, których szkła powiększały jej ciemne, bystre oczy, a brązową skórę przedramion znaczyły pospiesznie nabazgrane notatki, widoczne spod krawędzi rękawów. Tak jak Elisabeth, na szyi zawieszony miała łańcuszek z kluczem, lśniącym jasno na tle bladoniebieskich szat nowicjuszki.
Los chciał, że Elisabeth w końcu znalazła sobie przyjaciółkę. Poznała Katrien Quillworthy w wieku trzynastu lat, w dniu, kiedy obie rozpoczęły naukę. Żaden z pozostałych nowicjuszy nie chciał dzielić pokoju z Elisabeth, ze względu na plotki, jakoby trzymała pod łóżkiem całe pudło wszy książkowych. Katrien jednak zainteresowała się nią właśnie z tego powodu.
– Oby to była prawda – powiedziała. – Chciałam je poddać eksperymentom, odkąd po raz pierwszy o nich usłyszałam. Podobno są odporne na czary – wyobrażasz sobie, co to może znaczyć dla nauki?
Od tamtej pory były nierozłączne.
Elisabeth ukradkiem odsunęła papiery na bok.
– Coś się dzieje? – wyszeptała.
– Jesteś chyba jedyną osobą w Summershall, która nie wie, co się dzieje. Nie wyłączając Hargrove’a, który cały poranek spędził w wychodku.
– Czyżby strażnik Finch został zdegradowany? – zapytała z nadzieją.
Katrien wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
– Jeszcze nad tym pracuję. Na pewno w końcu znajdę na niego jakiegoś haka. Gdy tak się stanie, dowiesz się o tym pierwsza. – Od lat miała ambicję pogrążyć strażnika Fincha. – Nie, chodzi o magistra. Zjawił się właśnie, żeby odwiedzić kryptę.
Elisabeth o mało nie spadła z krzesła. Rozejrzała się, po czym dała susa za regał i stanęła pochylona obok Katrien. Jej przyjaciółka była tak niska, że inaczej Elisabeth widziałaby tylko czubek jej głowy.
– Magister? Jesteś pewna?
– Absolutnie. Nigdy nie widziałam strażników tak spiętych.
Teraz, kiedy Elisabeth o tym pomyślała, znaki widoczne od rana zdawały się oczywiste. Strażnicy chodzili z zaciśniętymi ustami i z dłońmi na rękojeściach mieczy. Nowicjusze zbierali się w grupki na korytarzach, szeptali po kątach. Nawet grymuary zdawały się bardziej nerwowe niż zwykle.
Magister. Dreszcz strachu przebiegł ją od stóp do głów, jak nuta drżąca na strunach harfy.
– Co to ma wspólnego z nami? – zapytała. Żadna z nich nie widziała nigdy nawet zwykłego czarownika. W tych rzadkich przypadkach, gdy odwiedzali Summershall, strażnicy wpuszczali ich przez specjalne drzwi i prowadzili prosto do czytelni. Z pewnością magistra traktowano z jeszcze większą ostrożnością.
Katrien zaświeciły się oczy.
– Stefan założył się ze mną, że magister ma spiczaste uszy i racice. Myli się, naturalnie, ale muszę to jakoś udowodnić. Będę szpiegować tego magistra. A ciebie potrzebuję, żebyś potwierdziła moją relację.
Elisabeth gwałtownie wciągnęła powietrze. Odruchowo zerknęła na opuszczone biurko.
– Żeby to zrobić, musiałybyśmy iść tam, gdzie nam nie wolno.
– A Finch nadziałby nasze głowy na włócznie, gdyby nas przyłapał – skończyła za nią Katrien. – Ale nie przyłapie. Nie wie o sekretnych przejściach.
Tym razem wyjątkowo to nie Finch był największym zmartwieniem Elisabeth. Przez myśl przemknął jej obraz przekrwionych, wyłupiastych gałek Księgi oczu. Każda z nich mogła wcześniej należeć do kogoś takiego jak ona czy Katrien.
– Jeśli przyłapie nas magister – powiedziała – zrobi nam coś jeszcze gorszego.
– Wątpię. Reformy zakazały czarownikom zabijania ludzi, chyba że w samoobronie. Co najwyżej sprawi, że wypadną nam włosy albo pokryjemy się wrzodami. – Poruszyła zachęcająco brwiami. – No weź. Taka okazja może się już nie przytrafić. Przynajmniej nie mnie. Kiedy niby miałabym zobaczyć magistra? Ile nadarzy się szans, żeby doświadczyć magicznych wrzodów?
Katrien chciała zostać archiwistką, nie strażniczką. W swojej pracy nie miałaby do czynienia z czarownikami. Natomiast Elisabeth...
Żar zapłonął jej w piersi. Katrien miała rację; to naprawdę doskonała okazja. Dopiero co postanowiła dać z siebie więcej, aby zaimponować dyrektorce. Strażnicy nie obawiali się czarowników, a im więcej się o nich dowie, tym lepiej będzie przygotowana.
– W porządku – powiedziała, prostując się. – Najprawdopodobniej zabiorą go do wschodniej czytelni. Tędy.
Klucząc wraz z Katrien między półkami, Elisabeth otrząsnęła się z resztek wątpliwości. Starała się przestrzegać zasad, ale jakimś dziwnym trafem jej wysiłki zawsze spełzały na niczym. Ledwie w zeszłym miesiącu wydarzyła się ta katastrofa z żyrandolem w refektarzu – przynajmniej nos starej mistrzyni Bellwether wyglądał już prawie normalnie. Albo ten raz, gdy rozchlapała dżem truskawkowy na... cóż. Lepiej nie wracać do tamtych wspomnień.
Kiedy dotarły do popiersia Corneliusa Mądrego, którego Elisabeth używała jako punktu orientacyjnego, rozejrzała się za znajomą szkarłatną oprawą. Wypatrzyła ją w połowie wysokości regału. Wypisany na złoto tytuł był zbyt wytarty, aby dał się odczytać. Grymuar przywitał ją sennym szelestem kartek, gdy sięgnęła do góry i podrapała go we właściwy sposób. Z wnętrza regału dobiegł szczęk, jakby odskoczył zamek, następnie cały ciąg półek obrócił się, odsłaniając pełne kurzu przejście.
– To nie do wiary, że działa tylko, kiedy ty to robisz – stwierdziła Katrien, gdy pochylone weszły do środka. – Próbowałam go drapać dziesiątki razy. Stefan też.
Elisabeth wzruszyła ramionami. Ona także tego nie rozumiała. Skupiona na tym, żeby nie kichnąć, prowadziła Katrien wąskim, krętym korytarzem, odgarniając pajęczyny zwieszające się z krokwi niczym widmowe girlandy. Przejście kończyło się za gobelinem wiszącym w czytelni. Przystanęły, nasłuchując, aby się upewnić, że pomieszczenie jest puste, po czym wygramoliły się zza ciężkiej tkaniny, kaszląc w rękawy.
Nowicjuszom nie wolno było wchodzić do czytelni. Elisabeth zarazem z ulgą i rozczarowaniem odkryła, że pokój wydawał się całkiem zwyczajny. Wnętrze urządzono po męsku, z dużą ilością polerowanego drewna i ciemnej skóry. Przed oknem stało wielkie, mahoniowe biurko, a kilka skórzanych foteli otaczało kominek, w którym płonęły drwa. Akurat kiedy weszły, polano pękło z trzaskiem, tryskając snopem iskier. Elisabeth aż podskoczyła.
Katrien nie traciła czasu. Podczas gdy Elisabeth rozglądała się po pokoju, ona ruszyła prosto do biurka i zaczęła przeglądać zawartość szuflad.
– W imię nauki – wyjaśniła. Często mówiła tak tuż przed tym, zanim coś wybuchło.
Elisabeth skierowała się w stronę paleniska.
– Co to za zapach? To nie ogień, prawda?
Katrien przerwała i wciągnęła nosem powietrze.
– Dym z fajki? – zasugerowała.
Nie – to było coś innego. Węsząc zawzięcie, Elisabeth stwierdziła, że zapach pochodzi z jednego z foteli. Pochyliła się nad nim i wzięła głęboki wdech, natychmiast się jednak odsunęła, czując zawroty głowy.
– Elisabeth! Nic ci nie jest?
Gwałtownie chwytała świeże powietrze, mrugając załzawionymi oczyma. Żrący odór tak oblepił jej język, że niemal czuła jego smak. Była to nienaturalna woń spalenizny; wyobrażała sobie, że tak pachniałby palący się metal, gdyby metal mógł płonąć.
– Chyba tak – wyrzęziła.
Katrien otwarła usta, aby coś powiedzieć, po czym rzuciła szybkie spojrzenie w stronę drzwi.
– Słuchaj. Idą tu.
Pospiesznie wcisnęły się za rząd regałów ustawionych wzdłuż ściany. Katrien zmieściła się bez problemu, ale Elisabeth było tam ciasno. Już jako czternastolatka była najwyższą dziewczyną w Summershall. Dwa lata później górowała nad większością chłopaków. Przycisnęła ramiona nieruchomo do boków i oddychała płytko, mając nadzieję udobruchać grymuary, które zareagowały na to wtargnięcie pełnymi dezaprobaty pomrukami.
Z korytarza dobiegły głosy, a klamka w drzwiach się obróciła.
– Proszę tędy, magistrze Thorn – powiedział strażnik. – Dyrektorka zjawi się niedługo, żeby zaprowadzić pana do krypty.
Przewróciło jej się w żołądku, gdy do środka wkroczyła wysoka postać w szacie z kapturem, ze szmaragdowozielonym płaszczem falującym wokół stóp. Mężczyzna podszedł do okna, odsunął zasłony i stanął wpatrzony w widok na wieże biblioteki.
– Co się dzieje? – wyszeptała Katrien poniżej jej ramienia. – Nic stąd nie widzę.
Elisabeth mogła wyglądać tylko przez wysoką szczelinę nad grzbietami książek, więc też nie widziała zbyt wiele. Powoli i ostrożnie, drobnymi ruchami przesunęła się w bok, aby znaleźć lepszy punkt obserwacyjny. W polu widzenia pojawił się czubek bladego nosa magistra. Zdjął kaptur. Jego włosy były czarne jak smoła i pofalowane, dłuższe, niż zdarzało się nosić mężczyznom w Summershall, a przy lewej skroni przecinało je jaskrawe, srebrzyste pasmo. Jeszcze kawałeczek w bok i…
„Jest niewiele starszy od nas” – pomyślała z zaskoczeniem. Zarówno siwe pasmo we włosach, jak i jego tytuł, kazały jej spodziewać się kogoś o wiele bardziej posuniętego w latach. Być może jego wygląd był zwodniczy. Mógł utrzymywać pozory młodości, kąpiąc się w krwi dziewic – czytała kiedyś o czymś takim w jakiejś powieści.
Dla wiadomości Katrien pokręciła lekko głową. Jego włosy były zbyt gęste, żeby rozpoznać, czy ma spiczaste uszy, a ewentualne kopyta skutecznie ukrywał brzeg płaszcza.
Zaraz potem dała kolejny znak, kręcąc głową bardziej nagląco. Magister odwrócił się w ich stronę, wbijając wzrok w półki. Jego szare oczy miały niezwykle jasny odcień, podobny barwą do kwarcu, a ich spojrzenie, gdy obiegał wzrokiem grymuary, zmroziło jej krew w żyłach. W niczyich oczach nie widziała nigdy takiego okrucieństwa.
Nie podzielała pewności Katrien, że jeśli je znajdzie, nie zrobi im krzywdy. Dorastała karmiona opowieściami o magii: o armiach powstałych ze zbiorowych grobów, aby walczyć w imieniu królów, o niewinnych ludziach poświęcanych w krwawych rytuałach, o dzieciach obdzieranych ze skóry i składanych w ofierze demonom. A niedawno sama odwiedziła kryptę i na własne oczy widziała dzieło czarnoksięskich rąk.
Magister zbliżył się, a Elisabeth z przerażeniem odkryła, że nie jest w stanie się ruszyć. Jeden z grymuarów zatrzasnął się na jej szatach i powarkiwał przez tkaninę, szarpiąc ją jak rozzłoszczony terier. Czarownik zmrużył oczy, poszukując źródła hałasu. Rozpaczliwym gestem chwyciła szatę i szarpnęła, a dokładnie w tej samej chwili grymuar puścił ją tak, że poleciała na półki…
Regał się przewrócił, a ona wraz z nim.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
3

E
LISABETH DZWONIŁO W uszach. Wokół niej wzbił się obłok dławiącego kurzu. Kiedy znów była w stanie coś zobaczyć, ujrzała stojącego nad nią magistra.
– A to co? – zapytał.
Krzyknęła ze strachu, ale zabrzmiało to raczej jak skrzek. Rzuciła się na czworakach do ucieczki między stertami książek i fragmentami połamanych półek. Na wpół zaślepiona przerażeniem, dopiero po dłuższej chwili zorientowała się, że nic jej nie dolega, nie licząc kilku zdecydowanie niemagicznych drzazg. Nie rzucił na nią zaklęcia. Zwolniła, a potem się zatrzymała i spojrzała przez ramię.
Zamarła.
Czarownik opadł na jedno kolano, dłonie składając na drugim. Blask ognia igrał z ostrymi rysami jego bladej twarzy. Próbowała odwrócić wzrok, ale nie była w stanie. Serce waliło jej o żebra, a ona zastanawiała się, czy unieruchomił jej spojrzenie magią, czy też może sprawiło to przerażenie. Każdy szczegół jego twarzy zdradzał nikczemność, poczynając od ciemnych, wygiętych w łuk brwi, a kończąc na ustach skrzywionych w sardonicznym uśmieszku.
– Nic ci nie jest? – zapytał w końcu.
Nie odpowiedziała.
– Nie umiesz mówić?
Gdyby dalej zwlekała z odpowiedzią, mógłby zrobić jej krzywdę, żeby wywołać jakąś reakcję. Z wielkim wysiłkiem zdołała wydobyć z siebie kolejny skrzek. W oczach czarownika zalśniło rozbawienie.
– Uprzedzano mnie, że na prowincji mogę zobaczyć różne niezwykłe rzeczy – powiedział – ale przyznam, że nie spodziewałem się zdziczałych bibliotekarek błądzących między książkami.
Elisabeth miała bardzo mgliste pojęcie, jak może w tej chwili wyglądać, nie licząc części ciała widocznych dla niej. Palce miała poplamione atramentem, szatę uwalaną kurzem. Nie pamiętała, kiedy ostatnim razem przypomniała sobie, by uczesać włosy, których splątane, kasztanowe pasma sterczały teraz na wszystkie strony. Dodało jej to odrobinę otuchy. Jeśli będzie dostatecznie brudna i brzydka, może nie uzna jej za wartą swojego czasu i magii.
– Ja też nie się spodziewałam, że mnie pan znajdzie – usłyszała swój własny głos. Z przerażeniem zakryła usta dłonią.
– A więc jednak mówisz. Po prostu wolałabyś ze mną nie rozmawiać? – Skinęła głową, a on uniósł brew. – Roztropnie. My, czarownicy, jesteśmy przecież źli do szpiku kości. Grasujemy po bezdrożach, porywamy młode panny do naszych bezbożnych rytuałów...
Elisabeth nie miała czasu zareagować, bo właśnie w tym momencie rozległo się pukanie do drzwi.
– Wszystko w porządku, panie magistrze? Usłyszeliśmy jakiś huk.
Ten głęboki, poważny głos należał do strażnika Fincha. Elisabeth cofnęła się z przestrachem, osłaniając nadgarstki. Nie powinno jej tu być. Gdyby Finch ją tutaj nakrył, w dodatku rozmawiającą z magistrem, nie sięgałby nawet po rózgę; stłukłby ją pałką tak, że pręgi nie zeszłyby przez kilka dni.
Magister na moment utkwił w niej krytyczny wzrok, po czym zwrócił się w stronę drzwi.
– W jak najlepszym – odpowiedział. – Jeśli to nie problem, wolałbym, żeby mi nie przeszkadzano, dopóki dyrektorka nie będzie gotowa zabrać mnie do krypty. Czarodziejskie sprawy. Bardzo prywatne.
– Tak, panie magistrze. – Odpowiedź Fincha zabrzmiała niechętnie, ale sądząc po dźwięku kroków, oddalił się od drzwi.
Elisabeth zbyt późno uświadomiła sobie własną głupotę. Powinna była zawołać Fincha. Przychodziło jej na myśl kilka powodów, dla których magister mógł chcieć zostać z nią sam na sam, i zdecydowanie wolałaby już obicie pałką.
– A teraz… – powiedział czarownik, zwracając się z powrotem do niej. – Powinienem chyba uprzątnąć ten bałagan, zanim ktoś uzna, że to moja sprawka. Musisz się odsunąć. – Uniósł dłoń z kolana i podał jej rękę. Jego palce były długie i szczupłe jak u muzyka.
Wpatrywała się w nie, jakby były sztyletem wymierzonym w jej pierś.
– No już – ponaglił ją niecierpliwie. – Nie przemienię cię w salamandrę.
– Potrafi pan to zrobić? – wyszeptała. – Naprawdę?
– Oczywiście. – W jego oczach zalśnił szelmowski błysk. – Ale zamieniam dziewczęta w salamandry tylko we wtorki. Na twoje szczęście dziś jest środa, dzień, kiedy wypijam na kolację puchar krwi sierot.
Powiedział to z pełną powagą. Zdawało się, że nie zwrócił uwagi na jej szaty, świadczące, że jest nowicjuszką, a więc z założenia sierotą.
Pragnąc odwrócić jego uwagę, wzięła go za rękę. Nie zapomniała, co musiała zrobić dla Katrien. Gdy podciągnął ją do góry, udała, że traci równowagę, i zanurzyła palce w jego czarno-srebrnych włosach. Zamrugał z zaskoczeniem. Był prawie tak wysoki jak ona i ich twarze niemal się zetknęły. Rozchylił usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Jej oddech przyspieszył. Z tym spłoszonym wyrazem twarzy magister wyglądał mniej jak czarnoksiężnik układający się z demonami, a bardziej jak zwyczajny młody mężczyzna. Jego włosy były miękkie i gładkie jak jedwab. Nie wiedziała, czemu w ogóle zwróciła uwagę na coś takiego. Pospiesznie cofnęła ręce i się odsunęła.
Ku jej konsternacji, uśmiechnął się szeroko.
– Nie martw się – uspokoił ją, wygładzając zmierzwione włosy. – Młode damy dotykały mnie w dużo bardziej niezręcznych miejscach. Rozumiem, że pokusa może być nieodparta.
Nie czekając na jej reakcję, odwrócił się i spojrzał na szczątki regału. Po chwili zastanowienia uniósł dłoń i wymówił ciąg słów, od których zabrzęczało jej w uszach, a głowa zdawała się wywracać na lewą stronę. Oszołomiona, zdała sobie sprawę, że mówił po enochiańsku. Język nie przypominał żadnego, jaki kiedykolwiek słyszała. Miała wrażenie, że powinna rozpoznać wymawiane słowa, ale kiedy próbowała powtórzyć je w myślach, sylaby ulatniały się z jej głowy, pozostawiając tylko surową, dzwoniącą w uszach ciszę, jak powietrze po ogłuszającym huku grzmotu.
Jej słuch powrócił wraz z szelestem kartek. Sterta grymuarów zaczęła się poruszać. Jeden po drugim uniosły się w powietrze i zawisły przed wyciągniętą dłonią czarownika pośród spirali szmaragdowego światła. Wirowały, obracały się i mieszały, układając się w porządku alfabetycznym, podczas gdy za nimi przewrócony regał powstał, skrzypiąc przeciągle. Połamane półki spoiły się na nowo, a grymuary pofrunęły z powrotem na swoje miejsca; kilka opieszałych tomów zmieniło kolejność w ostatniej chwili.
„Magia – pomyślała. – Tak właśnie wygląda magia. – A potem, zanim zdołała się powstrzymać: – Jest piękna”.
Nigdy nie ośmieliłaby się powiedzieć tego na głos. Taka opinia ocierała się o zdradę powinności wobec Wielkiej Biblioteki. Jednak w głębi duszy nie mogła zaakceptować idei, że aby być dobrą nowicjuszką, powinna zamknąć oczy i udawać, że nic nie widziała. Jak strażnik miałby się bronić przed czymś, czego nie rozumiał? Z pewnością lepiej było zmierzyć się ze złem, niż kulić się trwożnie w jego obecności i niczego się nie nauczyć.
Szmaragdowe iskry wciąż tańczyły po uporządkowanych półkach. Zrobiła krok naprzód, by dotknąć grymuarów, i poczuła, jak magia prześlizguje się po jej skórze, jasna i mrowiąca, jakby zanurzyła dłonie w kuble szampana. Ku jej zaskoczeniu, nie było to bolesne. Nic nie stało się z jej ciałem – dłonie nie zmieniły koloru ani nie pomarszczyły się jak suszone śliwki.
Jednak gdy uniosła wzrok, zobaczyła, że czarownik wpatruje się w nią, jakby wyrosła jej druga głowa. Wyraźnie spodziewał się, że będzie wystraszona.
– A gdzie ten zapach? – spytała, ośmielona.
Przez moment wydawał się zbity z tropu.
– Jaki zapach?
– Ten przypominający spalony metal. To zapach czarów, prawda?
– Ach. – Pomiędzy jego ciemnymi brwiami pojawiła się zmarszczka. Być może posunęła się za daleko. Zaraz jednak podjął: – Niezupełnie. Czasem towarzyszy czarom, jeśli zaklęcie jest dostatecznie potężne. Technicznie rzecz biorąc, nie jest to zapach magii, tylko reakcji zachodzącej, kiedy materia Pozaświata – to znaczy krainy demonów – styka się z naszą…
– Coś jak reakcja chemiczna? – zapytała Elisabeth.
Teraz spoglądał na nią jeszcze dziwniej.
– Dokładnie tak.
– Czy ma jakąś nazwę?
– Nazywamy ją eterycznym spalaniem. Ale skąd…?
Urwał, bo znów rozległo się pukanie do drzwi.
– Jesteśmy gotowi, magistrze Thorn – dobiegł z zewnątrz głos dyrektorki.
– Tak – odpowiedział. – Tak, ja… jedną chwilę.
Zerknął na Elisabeth, jakby nie był pewien, czy nie zniknęła niczym miraż w chwili, gdy odwrócił wzrok. Jego blade oczy przeszyły ją na wylot. Przez chwilę wyglądał, jakby zamierzał zrobić coś jeszcze – powiedzieć coś na pożegnanie albo rzucić zaklęcie, żeby ukarać ją za zuchwałość. Stanęła prosto, szykując się na najgorsze.
Wtedy jakiś cień przemknął po jego twarzy. Zmrużył oczy, odwrócił się na pięcie i bez słowa ruszył w stronę drzwi, przypominając tym samym, że on był magistrem, a ona skromną nowicjuszką z biblioteki, niewartą nawet szczypty jego uwagi.
Z zapartym tchem wślizgnęła się z powrotem za półki. Czyjaś dłoń natychmiast chwyciła ją za rękę.
– Elisabeth, ty kompletnie oszalałaś! – wysyczała Katrien, wynurzając się z mroku. – Nie wierzę, że go dotknęłaś. Przez cały czas byłam gotowa wyskoczyć i przywalić mu grymuarem. No i? Czego się dowiedziałaś?
Zalała ją fala euforii. Uśmiechnęła się, a potem z jakiegoś powodu wybuchnęła śmiechem.
– Nie ma spiczastych uszu – wydyszała. – Są całkiem zwyczajne.
Drzwi czytelni uchyliły się ze skrzypnięciem. Katrien przycisnęła dłoń do ust Elisabeth, żeby zdusić jej śmiech. I w samą porę – na zewnątrz czekała dyrektorka. Minę miała jak zawsze surową, a rude włosy lśniły jak płynna miedź na tle ciemnoniebieskiego munduru. Zerknęła do pokoju, przystając; rozglądała się przez chwilę, po czym jej spojrzenie bezbłędnie odnalazło wzrok Elisabeth. Spojrzała jej w oczy poprzez półki. Dziewczyna zesztywniała, ale dyrektorka nie powiedziała ani słowa. Kącik jej ust zadrżał, ciągnąc za sobą bliznę na policzku. Zamknęła drzwi, znikając za nimi wraz z magistrem.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
4

WIZYTA MAGISTRA BYŁA ostatnim ekscytującym wydarzeniem tej wiosny. Lato zaatakowało falą spiekoty, a niedługo potem wybuchła epidemia kruchogrzbietu, uprzykrzając wszystkim życie; wyczerpani, całymi tygodniami nacierali dotknięte chorobą grymuary cuchnącą maścią. Elisabeth powierzono opiekę nad księgą drugiej klasy, zatytułowaną Dekrety Bartholomew Trouta, która nabrała zwyczaju wiercenia się wyzywająco, gdy tylko ją zobaczyła. Kiedy Summershall nawiedziła pierwsza jesienna burza, nie miała ochoty już nigdy w życiu oglądać żadnego słoika z maścią. Była gotowa paść na łóżko i nie budzić się przez następnych kilka lat.
Zamiast tego zbudziła się w środku nocy, przekonana, że coś słyszała. Na zewnątrz wiatr chłostał drzewa i wył w okapach, a gałęzie tłukły o okna, jednak mimo całego tego hałasu nie mogła pozbyć się wrażenia, że obudziło ją coś innego. Usiadła na łóżku i odrzuciła kołdrę.
– Katrien? – szepnęła.
Przyjaciółka obróciła się na bok, mamrocząc coś przez sen. Nie obudziła się, nawet kiedy Elisabeth chwyciła ją za ramię i potrząsnęła.
– Zaszantażować go – wymruczała w poduszkę, wciąż pogrążona we śnie.
Marszcząc brwi, Elisabeth wyślizgnęła się z łóżka. Zapaliła świecę stojącą na szafce nocnej i rozejrzała się w poszukiwaniu czegokolwiek podejrzanego.
Pokój, który dzieliła z Katrien, położony wysoko w jednej z wież biblioteki, był mały i kolisty, z wąskim oknem, przez które wionęło chłodem, ilekroć wiał wiatr ze wschodu. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo jak wtedy, gdy kładła się spać. Książki leżały otwarte na komodzie i piętrzyły się w stosach wzdłuż zakrzywionych, kamiennych ścian, a dywan zarzucony był notatkami z najnowszych eksperymentów Katrien. Starając się ich nie podeptać, Elisabeth podeszła do drzwi i wychynęła na korytarz. Płomień świecy spowijał ją drżącym blaskiem. Grube ściany biblioteki tłumiły wycie wiatru, zmieniając je w odległy pomruk.
Boso i w samej koszuli nocnej spłynęła w dół schodami niczym duch. Skręciła kilka razy i stanęła pod tarasującymi przejście dębowymi drzwiami, wzmocnionymi za pomocą żelaznych pasów. Te drzwi oddzielały bibliotekę od kwater mieszkalnych i przez cały czas pozostawały zamknięte. Dopóki nie ukończyła trzynastu lat, nie mogła sama ich otwierać; musiała czekać, aż przyjdzie jakiś bibliotekarz i ją przepuści. Teraz miała już wieloklucz, otwierający zewnętrzne drzwi wszystkich Wielkich Bibliotek w królestwie. Nosiła go na szyi przez cały czas, nawet w łóżku i w kąpieli, jako namacalny symbol swojej przysięgi.
Uniosła klucz, ale zaraz zatrzymała dłoń i przebiegła opuszkami palców po szorstkiej powierzchni drzwi. Przez głowę przemknęło jej wspomnienie: ślady pazurów na stole w krypcie – pazurów, które przeorały blat, jakby był zrobiony z masła, a nie z drewna.
Nie, to niemożliwe. Grymuary przemieniały się malefikty tylko, jeśli zostały uszkodzone. Coś takiego nie mogło się wydarzyć w środku nocy, gdy w bibliotece nie było żadnych gości, a wszystkie księgi spoczywały bezpiecznie na swoich miejscach. Nie, kiedy strażnicy patrolowali ciemne korytarze, a ogromny dzwon alarmowy zwisał nieruchomo nad ich głowami.
Postanawiając odegnać dziecinne lęki, prześlizgnęła się przez drzwi i zamknęła je za sobą. Lampy w westybulu przygaszono na noc; ich blask lśnił w pozłacanych literach na grzbietach książek i odbijał się w miedzianych prowadnicach łączących drabiny na kółkach ze szczytami regałów. Wytężała słuch, ale nie dobiegł jej żaden niezwykły dźwięk. Tysiące grymuarów wokoło spały spokojnie, pochrapując, aż aksamitne wstążki fruwały nad ich kartkami. Nieopodal, w szklanej gablocie, księga czwartej klasy zatytułowana Florilegium Lorda Fustiana odchrząknęła wyniośle, próbując przyciągnąć jej uwagę. Trzeba jej było prawić na głos komplement co najmniej raz dziennie, w przeciwnym wypadku zatrzaskiwała się jak małż i nie dawała się otworzyć przez całe lata.
Elisabeth skradała się naprzód, unosząc świecę wyżej. Wszystko w porządku. Pora wracać do łóżka.
I wtedy to poczuła – zapach, od którego łzawiły oczy, niemożliwy do pomylenia z jakimkolwiek innym. Kilka ostatnich miesięcy jakby przestało istnieć i przez moment znów stała w czytelni, pochylona nad obitym skórą fotelem. Serce jej zamarło, a potem zaczęło walić tak, że dudniło jej w uszach.
Eteryczne spalanie. W bibliotece ktoś niedawno uprawiał czary.
Szybko zgasiła świecę. Wzdrygnęła się, słysząc jakiś trzask. Zaczekała, aż rozległ się znowu, tym razem cichszy, prawie jak echo. Podejrzewając już, co to za dźwięk, wsunęła się za regał, skąd widać było frontowe drzwi biblioteki. Stały otworem, kołysząc się na wietrze.
Gdzie są strażnicy? Powinna już była kogoś spotkać, a tymczasem biblioteka zdawała się całkiem opustoszała. Drżąc ze strachu, ruszyła w kierunku drzwi. Choć teraz wszystkie cienie, ciągnące się po podłodze jak palce, miały w sobie coś złowrogiego, omijała słupy księżycowego światła, nie chcąc, żeby ktoś ją zauważył.
Ból rozlał się w jej niczym nieosłoniętym palcu u stopy, kiedy była w połowie drogi przez westybul. Nadziała się nim na coś, co leżało na podłodze – coś twardego i zimnego, połyskującego w ciemności...
Miecz. I to nie byle jaki miecz, tylko Zabójca Demonów. Granaty na jego jelcu lśniły w mroku.
Elisabeth podniosła broń w odrętwieniu. Dotykanie jej zdawało się niewłaściwe. Zabójca Demonów nigdy nie opuszczał swojego miejsca u pasa dyrektorki. Spuściłaby go z oczu tylko, gdyby...
Tłumiąc krzyk, Elisabeth podbiegła do sylwetki leżącej bezwładnie na podłodze nieopodal, z rudymi włosami lśniącymi w świetle księżyca i bladą dłonią wyciągniętą przed siebie. Ciało nie stawiało żadnego oporu, gdy chwyciła je za ramię i obróciła na plecy. Oczy dyrektorki wbiły niewidzące spojrzenie w sufit.
Podłoga rozstąpiła się pod Elisabeth; wokół niej biblioteka zawirowała. To niemożliwe. To tylko zły sen. Lada chwila obudzi się we własnym łóżku i wszystko będzie tak, jak zawsze. Czekała na przebudzenie, a kolejne sekundy mijały, aż żołądek podszedł jej do gardła. Chwiejnie oddaliła się od ciała dyrektorki i podeszła do drzwi, gdzie wypluła z siebie kwaśną strugę żółci. Kiedy wyciągnęła rękę, aby oprzeć się o futrynę, jej dłoń trafiła na coś śliskiego.
„Krew” – pomyślała odruchowo, ale substancja pokrywająca jej palce była czymś innym – gęstszym, ciemniejszym. To nie była krew, tylko atrament.
Elisabeth od razu wiedziała, co to oznacza. Otarła palce o koszulę nocną i zacisnęła obie dłonie na rękojeści Zabójcy Demonów, bo za bardzo drżała, żeby utrzymać go w jednej. Wyszła w noc. Owiał ją wiatr, mierzwiąc jej włosy. W pierwszej chwili nie zobaczyła nic poza migotliwymi światłami tych kilku lamp, które wciąż paliły się w Summershall, widoczne spoza targanych wiatrem drzew w sadzie. Wysypany żwirem dziedziniec biblioteki otaczał wysoki płot z kutego żelaza, którego ostre zwieńczenia jak sztylety wbijały się w niespokojne niebo, ale brama była otwarta; powyginana, zwisała na zawiasach, ociekając atramentem.
Wtedy w oddali, pomiędzy drzewami, poruszyła się potężna sylwetka. Światło księżyca lśniło na oleistej skórze. Postać szła powoli w stronę miasteczka chwiejnym, niezgrabnym krokiem, jak zdeformowany niedźwiedź próbujący niezdarnie chodzić na dwóch łapach. Nie było żadnych wątpliwości, co to takiego: grymuar, który uciekł z krypty. Czerpiąc moc z czarów zamkniętych między swoimi stronami, przeistoczył się w przerażającego potwora ze skóry i atramentu.
Widząc malefikt, Elisabeth powinna zawiadomić najbliższego strażnika, a jeśli to było niemożliwe, wbiec po schodach i uderzyć w dzwon alarmowy. Jego sygnał wezwałby strażników i dał znak mieszkańcom miasteczka, aby ukryli się w schronie pod ratuszem. Jednak nie było na to czasu. Gdyby Elisabeth zawróciła, potwór dotarłby do Summershall, zanim ktokolwiek zdążyłby chociaż wstać z łóżka. Mnóstwo ludzi zginęłoby na ulicach. To byłaby rzeź.
Officium adusque mortem. Służba aż do śmierci. Tysiące razy przechodziła pod tą inskrypcją. Być może nie była jeszcze strażniczką, ale nigdy nie mogłaby nią zostać, gdyby teraz zawróciła. Jej obowiązkiem było chronić Summershall, nawet za cenę własnego życia.
Elisabeth przebiegła przez bramę i pognała w dół zbocza. Ostry żwir ustąpił miejsca miękkiemu, mokremu dywanowi z mchu i opadłych liści, od których przemókł jej rąbek koszuli. Raz potknęła się o korzeń i o mało nie upuściła miecza, ale malefikt się nie zatrzymał, tylko dalej ciężkim krokiem podążał przed siebie.
Była już na tyle blisko, że dławił ją bijący od niego smród zgnilizny i widziała, jaki był wielki – dużo większy niż człowiek, z kończynami grubymi i sękatymi jak pniaki. Zalała ją fala paraliżującego strachu. Zabójca Demonów zaczął w końcu ciążyć jej w rękach. Nie była żadną bohaterką, tylko dziewczyną w koszuli nocnej, która przypadkiem trzyma miecz. Zastanawiała się, czy tak właśnie czuła się dyrektorka, mierząc się ze swoim pierwszym malefiktem?
„Nie muszę go pokonać – pomyślała. Jeśli uda jej się odwrócić jego uwagę na dość długo i narobi przy tym dostatecznie dużo hałasu, może uda jej się ocalić miasto. – Zakłócanie spokoju to w końcu moja specjalność. Zwykle nie muszę się nawet starać, samo mi wychodzi”.
Wróciła jej odwaga, wyrywając ciało z odrętwienia. Wzięła głęboki oddech i bez słów wrzasnęła w noc.
Wiatr porwał jej głos na strzępy, ale potwór w końcu się zatrzymał. Tłusta, czarna skóra pokrywająca jego ciało zmarszczyła się, jakby trąciła ją mucha. Po dłuższym namyśle odwrócił się w stronę Elisabeth.
Był masywny i z grubsza człekokształtny, ale koślawy, prymitywny, jakby ulepiony przez dziecko z kawałka gliny. Dziesiątki przekrwionych, wyłupiastych oczu pokrywały każdy skrawek jego ciała; najmniejsze były wielkości filiżanek, największe – talerzy stołowych. Ich źrenice skurczyły się do rozmiarów główek od szpilki i wszystkie wpatrywały się prosto w Elisabeth. Najniebezpieczniejszy grymuar w bibliotece wyrwał się na wolność. Księga oczu powróciła.
Malefikt przyglądał się jej przez chwilę, niezdecydowany, wahając się między nią a miasteczkiem. Z wolna jego oczy zaczęły obracać się z powrotem w stronę Summershall. Musiał uznać, że nie stanowi dla niego zagrożenia. W porównaniu ze wszystkimi ludźmi z miasteczka nie była warta jego uwagi. Musiała go przekonać, że jest inaczej. Uniosła Zabójcę Demonów i rzuciła się do ataku, omijając drzewa i przeskakując nad odłamanymi gałęziami. Masywna sylwetka malefiktu górowała nad nią, przesłaniając księżyc. Elisabeth wstrzymała oddech, aby nie czuć mdlącego smrodu. Kilkoro oczu obróciło się i skupiło na niej, ze źrenicami rozszerzonymi z zaskoczenia, ale tylko tyle zdążyły zobaczyć, zanim spadło na nie ostrze, a w ciemność trysnął strumień atramentu.
Ziemia zatrzęsła się od ryku potwora. Elisabeth biegła dalej; wiedziała, że nie może zmierzyć się z Księgą oczu twarzą w twarz. Czmychnęła w głąb sadu i prędko przykucnęła za omszałą ruiną starej, kamiennej studni, łapczywie chwytając świeże powietrze.
W pewien sposób ukrywanie się przed potworem było gorsze niż walka z nim. Nie widziała, co robi malefikt, a to pobudzało jej wyobraźnię. Ustaliła jednak bez wątpienia, że stwór jej szuka. Poruszał się niepokojąco cicho, ale był zbyt wielki, żeby przejść pomiędzy drzewami, nie zdradzając swojej obecności. Tu i ówdzie trzaskały łamane gałęzie, a jabłka spadały na ziemię z głuchym plaśnięciem. Dźwięki stopniowo się przybliżały. Elisabeth przestała dyszeć; zapiekły ją płuca, gdy z wysiłkiem wstrzymała oddech. Jabłko uderzyło o studnię i pękło, opryskując ją lepkimi kawałkami miąższu.
– Nowicjuszko... Znajdę cię... To tylko kwestia czasu...
Szepty muskały jej umysł jak miękka, zwiotczała dłoń. Skuliła się, trzymając się za głowę.
– Lepiej od razu się poddać...
Oślizgła sugestia wplątała się w jej myśli, przekonując swoim beznamiętnym pragmatyzmem. Jej zadanie było niewykonalne. Zbyt trudne. Musiała tylko się poddać, odłożyć miecz, a jej cierpienie dobiegnie końca. Księga oczu rozprawi się z nią szybko.
Księga oczu kłamała.
Zaciskając zęby, Elisabeth podniosła wzrok. Malefikt stał nad nią, ale jeszcze jej nie dojrzał. Jego oczy obracały się w oczodołach niezależnie od siebie, obserwując sad. To, które zraniła, było zamknięte i płynęły z niego strumienie atramentu, jakby płakało.
– Nowicjuszko...
Opieranie się szeptom było jak brodzenie w wodzie w przemoczonym ubraniu, z nosem i ustami ledwo wystającymi ponad powierzchnię. Zmusiła się, aby puścić głowę i zacisnąć palce na rękojeści Zabójcy Demonów. Jeszcze tylko chwilę, powiedziała sobie. Potwór przysunął się bliżej, a jego żółte oko spojrzało w dół. Kiedy ją dostrzegło, źrenica rozszerzyła się tak bardzo, że cała tęczówka zdawała się czarna.
Teraz.
Szybkim ruchem uniosła Zabójcę Demonów, przebijając oko. Atrament polał się po jej ramionach i zrosił mech. Ryk malefiktu poniósł się echem przez noc. Tym razem, gdy rzuciła się do ucieczki, zobaczyła, jak w dole, w miasteczku, zapalają się kolejne światła. Z każdą sekundą było ich coraz więcej, rozprzestrzeniały się po domach jak przygasłe węgle na nowo wybuchające płomieniem. Summershall budziło się ze snu. Jej plan działał.
Jej samej za to kończył się czas.
Ręka przecięła mrok, wyrzucając ją w powietrze jak szmacianą lalkę. Jej ciałem wstrząsnął ostry ból, kiedy uderzyła ramieniem o pień drzewa i poturlała się po mokrej trawie. W ustach poczuła smak miedzi, a gdy usiadła, z trudem łapiąc oddech, obraz rozmywał się jej przed oczami. Jedno z ramiączek koszuli nocnej zwisało luźno, podarte i zakrwawione. Nad nią wznosiła się ciemna sylwetka malefiktu.
Stwór się nachylił. Miał bryłowatą głowę pozbawioną twarzy i jakichkolwiek rysów, nie licząc niezliczonych wyłupiastych oczu.
– Dziwna z ciebie dziewczyna. Ach... jest w tobie coś... powód, dla którego obudziłaś się dziś w nocy, podczas gdy inni spali...
Miecz dyrektorki leżał na trawie. Elisabeth pochwyciła go i wymierzyła w napastnika. Ostrze zadrżało.
– Mogę ci pomóc – zachęcał potwór. – Widzę w twojej głowie pytania... tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi... ale ja mogę zdradzić ci sekrety – och, takie sekrety, jakich nawet sobie nie wyobrażasz, sekrety przekraczające twoje najśmielsze sny...
Jak porwane przez wir, jej myśli podążyły za szeptami w jakieś mroczne, wygłodniałe miejsce – miejsce, z którego jej umysł z pewnością nie zdołałby już wrócić. Z trudem przełknęła ślinę. Wymacała dłonią klucz wiszący na jej piersi i wyobraziła sobie, jak dyrektorka zatrzaskuje grymuar, w jednej chwili uciszając głos potwora.
– Kłamiesz – oznajmiła.
Gardłowy śmiech wypełnił jej głowę. Zamachnęła się mieczem na oślep. Potwór się uchylił i Zabójca Demonów przeciął tylko ze świstem powietrze. Rzuciła się do ucieczki, a za nią posypały się odłamki drewna; Księga oczu rozłupała drzewo, które Elisabeth jeszcze chwilę wcześniej miała za plecami, ciosem, który zgniótłby ją jak zabawkę.
Uciekała, potykając się o porozrzucane jabłka. Zdezorientowana, o mało nie wpadła na bladą sylwetkę stojącą między drzewami. Postać była biała i miała skrzydła oraz smutną, pełną powagi twarz nadgryzioną zębem czasu. Marmurowy anioł.
Odżyła w niej nadzieja. Posąg oznaczał położenie skrytki z wyposażeniem, którego strażnicy i mieszkańcy miasteczka mogli użyć w nagłych wypadkach. Zaczęła grzebać w jamie pod cokołem, aż jej palce natrafiły na śliski od deszczu pojemnik.
Ścigał ją głos malefiktu.
– Powiem ci – szeptał – prawdę o tym, co stało się z dyrektorką. Chciałabyś poznać ten sekret? Ktoś to zrobił, wiesz... ktoś mnie wypuścił...
Palce Elisabeth, mocujące się niezgrabnie z zamknięciem pojemnika, zastygły w bezruchu.
– Mogę ci powiedzieć, kto to był, nowicjuszko!
Powietrze zadrżało od ruchu, ale zareagowała zbyt wolno. Oślizgła skóra otoczyła ją ze wszystkich stron, zamykając ją w silnym, cuchnącym uścisku. Potwór ją złapał. Uniósł ją nad ziemię, przyglądając się jej z tak bliska, że widziała popękane żyłki przecinające jego oczy jak szkarłatne nici. Pięść zaczęła się zaciskać. Elisabeth poczuła, jak jej żebra zaginają się do środka. Z piersi wyrwał jej się zduszony oddech.
„To się tak nie skończy” – pomyślała, walcząc. Miała zostać strażniczką, opiekunką ksiąg i słów. Była ich przyjaciółką, ich zarządczynią, tą, która trzyma je na uwięzi, a w razie potrzeby – ich niszczycielką.
Udało jej się uwolnić jedną rękę i wyrzucić w powietrze zawartość pojemnika. Malefikt zawył z bólu, gdy chmura soli obsypała jego ciało. Jego uścisk osłabł, a Elisabeth wyślizgnęła mu się z ręki i z okropnym trzaskiem uderzyła o posąg anioła, aż przed oczami stanęły jej gwiazdy. Zamrugała. Przez moment nie była w stanie się ruszyć, nie czuła swoich kończyn i zastanawiała się, czy nie złamała kręgosłupa, potem jednak czucie w palcach wróciło w przypływie bolesnych ukłuć. Czuła w dłoniach rękojeść Zabójcy Demonów. Nie upuściła go.
Zanim znów dosięgły ją szepty potwora, przetoczyła się na bok i ujrzała przed sobą ogromne, niebieskie oko. Było zaczerwienione i łzawiło, drżąc boleśnie, gdy usiłowało pozostać otwarte dostatecznie długo, aby skupić na niej wzrok. Resztkami sił dźwignęła się na nogi. Uniosła miecz dyrektorki nad ciałem potwora, po czym spuściła go z całej siły, aż po jelec zanurzając ostrze w tłustej skórze.
Źrenica oka rozszerzyła się, a potem zwęziła.
– Nie – zagulgotał malefikt. – Nie!
Atramentowe bańki unosiły się z rany. Elisabeth zacisnęła szczęki i przekręciła ostrze. Potwór uniósł się, odrzucając ją na bok. Zabójca Demonów wciąż tkwił w jego ciele, zbyt daleko, by go dosięgnąć, ale już go nie potrzebowała. Oczy zadrgały gwałtownie, a potem znieruchomiały i przetoczyły się w górę. Ich powieki opadły. Skóra zaczęła szarzeć, pękać i łuszczyć się, jakby nagle się postarzała. Oczy przesłoniła mglista błona, a fragmenty ciała zapadły się do środka, wzbijając tumany żarzącego się popiołu. Elisabeth patrzyła, jak malefikt rozsypuje się na wietrze.
Przypomniała sobie, co dyrektorka powiedziała jej w krypcie. Ten grymuar był jedyny w swoim rodzaju. Była za niego odpowiedzialna, a tymczasem właśnie go zniszczyła. Wiedziała, że nie miała wyboru, ale mimo to pomyślała:
„Co ja zrobiłam?”.
Popiół wirował wokół niej jak śnieg. Powietrze wypełniło mosiężne dźwięczenie. W końcu, o wiele za późno, dzwon Wielkiej Biblioteki zaczął bić.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------



Złamane serce, prawdziwa miłości, szczypta rozczarowania, kraina elfów, Antarktyda i do tego wszystkiego Smoki.

Cześć. Dziś mam dla was podsumowanie Lutego. Przeczytałam 13 książek I jestem z siebie dumna. Swoją drogą, zastanawiam się, jakim cudem kied...